Film, Nowe Horyzonty

A ja śpiewam i tańczę. Nowe Horyzonty 2018. Relacja.

„Doigrał się. Chyba nie będę chodziła już na jego filmy!” – dzieli się swoim wkurzeniem dziewczyna, którą podsłuchuję w kolejce do sali kinowej. Wczoraj widziała nowego Larsa von Triera i jeszcze ją trzyma. Żeby nie było – nie nadstawiam ucha celowo, samo się słyszy. Dociera do mnie też rozmowa chłopaków, którzy marudzą na „Lato” Kiriłła Sieriebriennikowa. Że nudne i spodoba się tylko tym, którzy żyli „w tamtych czasach”. Jednego z rozmówców ściągam niechcący wzrokiem, chyba nadto zdziwionym, przez co robi mi się głupio. Tymczasem kolejka przesuwa się powoli, jest duszno. „Pik, pik, pik” – dźwięk „odpikiwania” biletów będzie rozbrzmiewał w mojej głowie jeszcze kilka dni po festiwalu. Sentymentalny powidok.

Morze i niebo ostro lśni. Dobrze mi, ach, jak dobrze mi.

Chwała klimatyzowanym salom! Uwaga o tym, jak dobrze uciec od upałów w chłodną ciemnię kina, to celna myśl przewodnia dla tegorocznej edycji. Nawet dni "odpoczynku" od filmów – gdy szło się tylko na trzy seanse w miejsce pięciu, a okienka pomiędzy wypełniało mozolną włóczęgą czy bumelowaniem we wrocławskich ogródkach – były w tej nieludzkiej temperaturze bardziej wycieńczające niż filmy Pedro Costy. Nie ruszają mnie uwagi złośliwych, którzy twierdzą, że gdy siedzę w kinie, umyka mi prawdziwy urlop, życie. Lato na dużym ekranie to przecież najpiękniejsza pora roku. Dowód? W pierwszych dniach festiwalu obejrzałam „Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza” Abdellatifa Kechiche’a.

A tutaj jak w radosnej piosence Serge’a Gainsbourga. „Sea, Sex And Sun”. Słońce grzeje i podnieca. Dziewczyny są jak dynamit, energetyczne, roześmiane, młodzi mężczyźni są nimi odurzeni. Plaża, pyszne jedzenie, wolność. Bohaterki na dyskotece wskakują na piedestał, by przy rurze wywijać obfitymi pośladkami. Kamera wie, gdzie patrzeć. Niepoprawne? Ryzykowne? Owszem, z tego co kojarzę, nowy film Kechiche’a nie miał na świecie łatwego odbioru. Mimo że reżyser jego przaśność usprawiedliwił – niuansem i naturalnością. Własną przekorą. Istotny jest tu czas (lata 90., należące do świata przeszłości), miejsce (francuskie wybrzeże podczas wakacji) i bohater. A raczej jego oko – zafascynowanego obserwatora, początkującego fotografa, być może za jakiś czas reżysera, a także, co równie ważne, młodego chłopaka. Amin patrzy i słucha. Nie ocenia, nie angażuje się, jest bierny. W ten sposób uczy się, chłonie, zapamiętuje. Jego perspektywa, głodna i pełna fascynacji – w równym stopniu dla przyrody, magii chwili, dynamiki wspólnoty, jak i ciała oraz seksualności – pozwala dosłownie zanurzyć się w lecie. Mitycznym, nostalgicznym, zapamiętanym. W gruncie rzeczy romantycznym.   

„Mektoub” będzie dla mnie filmem przepowiednią, symptomem. Z jednej strony podkreślający perspektywę artysty/twórcy, co wróci wiele razy podczas tej edycji, z drugiej – od dudniących bitów też się nie uwolnię. I wcale tego nie chcę. Przez moment mam wrażenie, że krążę po klubach zamiast po salach kinowych. Zaliczę m.in. rockowy koncert („Lato”), karaoke z gangsterką („The World Is Yours”) i zgon u Gaspara Noé („Climax”).

Piruet za piruetem. Ekstaza. Ekstaza, ekstaza.

Gdy gra muzyka, przeważnie ktoś tańczy. Bohaterowie „moich” filmów jakby się zmówili – tańczą często i chętnie, choć dla każdego taniec jest przecież czymś innym. Zabawą lub wyzwoleniem. Smutkiem i zapomnieniem. Obrzędem, symbolem, a nawet śmiercią.

Tańczy i odsłania swój okrągły brzuch Fares (Karim Leklou), sympatyczny bohater „The World is Yours”, na nachalną prośbę koleżanek swojej matki (Isabelle Adjani), podstarzałych harpii pęczniejących od botoksu. Jest to taniec rytualnie upupiający, ku radości rozszalałego matriarchatu. Tańczy Hae-mi, bohaterka „Płomieni” Lee Chang-Donga – powoli, hipnotycznie, półnago, w rytm ospałego jazzu i na tle zachodzącego słońca. Gdy słońce zgaśnie, dziewczyna pogrąży się w niespodziewanej rozpaczy, jakby gasła wraz z chowającym się za horyzont światłem.

Za to w „Lecie”, na koncercie leningradzkich zespołów Kino i Zoopark, nie tańczy kompletnie nikt – takie czasy, że nie wolno. Opresyjny system ZSRR, lata 80. Co innego w mieszkaniach lub we własnej głowie. W mitycznym „co by było, gdyby…”. Gdy nie ma wolności, zostaje wyobraźnia i intymność czterech ścian.

Natomiast u Gaspara Noé bohaterowie tańczą do upadłego. I więcej. Zatracają się w tańcu, odpływają, przekraczają granicę, by wreszcie odkleić się od rzeczywistości. Tańcząc, przechodzą na drugą stronę. Aż do piekła. Namacalnego, odczuwalnego jak w nielicznych filmach. Nic dziwnego, że niektórzy widzowie postanawiają opuścić salę, a kilku z tych, którzy wytrwali siłą woli, wychodzi w pośpiechu, jak poparzeni, zanim ostatnia scena wybrzmi do końca.

W piekle tańczy również Sascha, bohaterka „Holiday” Isabelli Eklöf (zwycięski film nowohoryzontowego konkursu). Tańczy do lustra, wpatrzona w siebie. Przesuszone od utleniania włosy, zastraszona, dziecięca twarz i drżące ręce. Dziewczyna jest farbowanym lisem, niedopasowanym do swojej pięknej biżuterii. Jest ofiarą, która dobrowolnie wchodzi w rolę ofiary. Wybiera zło, choć może wybrać inaczej. Dlaczego to robi? Podoba mi się sposób, w jaki reżyserka w dyskusji po filmie broni swojej bohaterki. Na pytanie o jej próżność i chciwość, zaprzecza zarzutom. To, że patrzymy w lustro – mówi – nie znaczy, że jesteśmy w sobie zakochani. Pragniemy się jedynie upewnić, że pasujemy do innych.

Kobieca perspektywa i niejednoznaczność bohaterek to zresztą jeden z moich ulubionych tropów. W zeszłym roku faworytką była dla mnie Katja z „W ułamku sekundy” Fatiha Akina, w tym roku to Qiao, dziewczyna gangstera. Egzystencjalna bohaterka znakomitego „Najczystszy jest popiół” Jia Zhangke. Silna, imponująca i czuła. Podążam za nią i kibicuję w zafascynowaniu zarówno wtedy, gdy z monumentalną dumą i determinacją próbuje odzyskać siebie po życiowej przewrotce, jak i w tych „lepszych czasach”, gdy tańczy niczym świetlisty motyl.

Świat pełen jest tajemnic. I pisarzy.

„Kiedyś byle kto mógł wyjść do lasu i znaleźć za drzewem tajemnicę. Dzisiejszy świat jest niestety wyzbyty tajemnic.” – mówi jeden z bohaterów nomen omen „Tajemnic Silver Lake”, nowego filmu Davida Roberta Mitchella. Niespełnionego, przeciążonego masą „linków” do popkultury, jednak z kilkoma znakomitymi momentami. Jak choćby ten z szalonym songwriterem, który skomponował dosłownie wszystkie piosenki, a teraz, inicjując kolejne melodie na fortepianie, wykrzykuje, że nie ma rebelii, ani buntu. Są tylko tantiemy.

Andrew Garfield gra u Mitchella samozwańczego detektywa, nieudolnego, zagubionego jak Philip Marlowe w „Długim pożegnaniu” Altmana. Takich „detektywów”, facetów, którzy dużo chodzą, szukają, błądzą, próbują rozwikłać jakąś zagadkę, choćby sensu życia, prześlizguje się przez tegoroczny program zaskakująco wiele. Co ciekawe, wszyscy są pisarzami. Jak ten nieznośny arogant, bohater „Dzikiej gruszy” Nuriego Bilge Ceylana, wchodzący w konflikt z kolejnymi napotykanymi osobami. Z góry traktujący nawet własnego ojca, swojego jedynego czytelnika, jedynego fana. Miłość własna, postawa wyższościowa, ucieczka od korzeni – mimo pozorów przybliżenia się do wielkości, to cechy słabe i małe. Ceylan z całą mocą daje to odczuć w poruszającym finale.

Błądzi także Siergiej Dowłatow, pisarz, o którym nakręcił film Aleksiej German Jr. Błądzi, czy raczej krąży, bezsensownie docierając wciąż do tego samego punktu – bariery cenzury, systemu, który nie przepuści przez ciasne sitko żadnego z jego rękopisów. Lata 70., Leningrad, jest strasznie i szaro, a jeśli śmiesznie to tylko ledwie przez chwilę, w oparach absurdu.

I wreszcie Jong-su, pisarz dopiero aspirujący, bohater „Płomieni” Lee Chang-donga. Tak jak u Mitchella – on też po omacku szuka zaginionej dziewczyny. Tak jak u Mitchella – on też mierzy się z oceanem wyłaniających się z prozy życia tajemnic. Tyle że to inny film. Koreańczyk pierwszy raz od czasów debiutanckiej „Zielonej ryby” zwraca się ku kinu gatunkowemu, tym razem w stronę kryminału noir. Ale to jego noir – osobny, zadziwiający. Bardziej zagadkowy niż wcześniejsze filmy, pełen niedomówień, ale też równie jak one erudycyjny, powracający do dawnych obsesji – postaci „nieudacznika” w nierównym społeczeństwie, nieobecnego ojca, tęsknoty za niewinnością, bliskością. Z naturalnym światłem jako integralną częścią opowieści. „Płomienie” nie są filmem jednego seansu. To piętrowa konstrukcja – trudno za pierwszym razem rozwikłać, co jest kłamstwem/pantomimą/wyobrażeniem, a co prawdą. Kot istnieje, czy raczej nie? To film wyzwanie, który pomimo/dzięki wpisanej w zeń tajemnicy staje się również doświadczeniem sensualnym.

Chodź, opowiem ci bajeczkę

Okazało się, że najwspanialsze baśnie opowiada się dzisiaj we Włoszech. „Szczęśliwy Lazzaro” Alice Rohrwacher, dotykająca tłumionych przez huczną nowoczesność tęsknot i niepokojów przypowieść o dobrodusznym prostaczku, przyjacielu samego Boga, zadziwia, wzrusza i zawstydza. To dobre zawstydzenie, bo skłania do myślenia, rozejrzenia się poza siebie i w głąb siebie. W świecie tonącym w ironii, interesowności i krótkowzroczności, wyzuta z najdrobniejszego fałszu czy złych intencji, pomocna postawa Lazzaro to jednocześnie wyrzut sumienia i recepta. Zaskakujący film Rohrwacher wspaniale koresponduje z prozą słynnego włoskiego pisarza, Dino Buzzatiego, który w podobny sposób łączył naturę z magią m.in. pomagał psu zobaczyć Boga, arystokrację gubił w polu, zastanawiał się nad życiem wewnętrznym guźca. W jednym z opowiadań wyrzucony z Kościoła biedak wyprowadza z niego całą boskość, tak jak Lazzaro wyprowadza stamtąd muzykę.

I jest w tym coś wielkiego. Piękno i prawda. Jak powie bawół z filmu „Piękna i utracona” Pietro Marcello: „baśnie i sny, mimo że nie są rzeczywiste, muszą mówić prawdę”. Rodak Rohrwacher także nakręcił baśń – przepiękny, fabularyzowany, a raczej podszyty magią, dokument o pasterzu Tommaso. Bohater filmu zmarł w trakcie zdjęć. Jego mityczny przyjaciel, wspomniany bawół, wkrótce zostanie skazany na rzeź, teraz opowiada o swoich snach i tragicznym losie. „W świecie, w którym odmawia się bawołom duszy, bycie bawołem to sztuka”. Forma filmu, liryczna i kontemplacyjna, a także zawarta w niej refleksja o naturze, kulturze, przemijaniu, sprawia, że na napisach końcowych widzowie, zamiast zwyczajowo klaskać, siedzą w bezruchu, jakby w zamyśleniu. Podobny rodzaj kontemplacji można odczuć po „Walkabout” Nicolasa Roega, kolejnej filmowej tęsknocie za czymś, co utraciliśmy.

Swoją bajkę, przewrotnie ezopową, opowiada również Matteo Garrone. Ale jego „Dogman” to już inna historia – krwawa, mocna, efektowna. Reżyser najwyraźniej woli świat natury od świata człowieka. Bardziej niż ludzi ceni zaś psy, które – w przeciwieństwie do ludzkich bestii – dają się oswoić, potrafią być prawdziwymi przyjaciółmi.  

Ułomność języka

„Na wojnie” Stéphane’a Brizé’a. Sala, mimo że duża, to niemal pusta. Gorące festiwalowe rekomendacje („jeden z najdłużej oklaskiwanych filmów na tegorocznym festiwalu w Cannes”) na niewiele się zdały. Wrocławska publika i tak nie uwierzyła, że film o strajku we francuskiej fabryce części samochodowych może być ciekawy. Nawet na facebookowej grupie trochę z tego pokpiwano. Szkoda, bo Brizé już od ponad dekady udowadnia, że na kinie zna się wcale nie gorzej niż inni twórcy namaszczeni przez Cannes i długie kolejki przed seansami. Jego najnowszy film, duchowo bliski wcześniejszej „Mierze człowieka”, to nie tylko przedstawiona na kształt tytułowej wojny – wraz z przegranymi bitwami, wewnętrznymi buntami i wodzem zagrzewającym do walki – konfrontacja „zwykłego pracownika” z korporacyjnym kapitalizmem.

U Brizé’a owszem, imponuje paradokumentalny styl oraz idące za nim gorące emocje (naturalność aktorów, języka, sytuacji, korporacyjny palant naprawdę wygląda i mówi jak korporacyjny palant), ale fakt, że opowieść wznosi się ponad ten styl, otwierając przed widzem kosmos znaczeń. „Na wojnie” to parabola. Film, który przygląda się różnym rodzajom ludzkich reakcji, dynamice grupy, tak w fabryce, jak i w każdym innym miejscu. Na warsztat bierze także język, jego ułomność. Gdy poważni prezesi zza granicy siadają naprzeciwko walczących o swoje robotników, nawet w atmosferze ugody i dobrej woli porozumienie nie będzie możliwe. Każde słowo pani w drogim żakiecie zabrzmi protekcjonalnie, każde zdanie pracownika fabryki – zbyt roszczeniowo. Z tym nie poradzi sobie nawet znakomity wódz, Vincent Lindon. Bohater romantyczny, niedzisiejszy, tragiczny.

Język to poniekąd również temat duńskiego małego thrillera pt. „Winni” (Gustav Möller). Jego bohaterem jest policjant chwilowo obsługujący numer alarmowy. Na fabułę składają się rozmowy, które prowadzi przez telefon – najpierw z błagającą o pomoc kobietą, potem z jej oprawcą, następnie z innymi policjantami. W ten sposób próbuje doprowadzić sprawę do szczęśliwego zakończenia. W najciekawszym momencie filmu okazuje się, że na glebie wyuczonych schematów myślowych język ponosi klęskę. Zamiast wyjaśniać i naprowadzać, myli tropy, prowadzi w ślepy zaułek.

Po naszemu, czyli po polsku

Nie jestem fanką „Kampera” Łukasza Grzegorzka. Wyczuwam w nim jakieś kłamstwo. Nie wierzę w regały pełne książek w mieszkaniu bohaterów infantylnych i w gruncie rzeczy nieciekawych. Miałam nadzieję, że z „Córką trenera” pójdzie mi lepiej. Niestety kłamstwo zostało. Sztuczność dialogów potęgowana przez oporne aktorstwo (najlepsza Bruchnicka), a także wyczuwalna kalkulacja, trochę szpan, z każdą sceną coraz bardziej odklejały mnie od tego filmu. Sportowe tęsknoty zaspokoiłam na znakomitym dokumencie (eseju?) Juliana Farauta pt. "John McEnroe – mistrz doskonałości”, analizującym gestykulację, mimikę, frustrację słynnego sportowca, jego grę – nie tylko z przeciwnikiem, ale także z sędziami, z publiką, z własnym perfekcjonizmem. Więcej tu życia niż u Grzegorzka.

Życie, wielobarwne choć opowiedzianą półmrokiem, znalazłam także w „Ninie” Olgi Chajdas, ładnej historii miłosnej dwóch kobiet (i tego trzeciego), zupełnie różnych od siebie, podobnie jednak głodnych doświadczeń. Jedna z nich zaspokaja ten głód od dawna, druga dopiero zaczyna zdawać sobie sprawę z jego istnienia, co w Polsce może być trudne, ale jest przecież możliwe. Spodobała mi się naturalność filmu wyzbytego publicystycznej nachalności, za to swobodnie – czasem dramatem, czasem z dowcipem, po swojemu – wtapiającego uczucie kobiet w polski krajobraz. Zaraz po „Ninie” seans „Fugi” Agnieszki Smoczyńskiej. To znakomicie nakręcony dramat rodzinny podszyty grozą jak z horroru, o traceniu i odzyskiwaniu pamięci, o traumie. Ale przede wszystkim o tym, czy można siebie „zrestartować”. Czy da się zacząć od nowa? Co by z nas zostało, gdyby skasować całą naszą historię? Gdyby społeczne powinności, relacje, w które się kiedyś uwikłaliśmy, nie zawsze szczerze, nagle przestały obowiązywać – co byśmy zrobili? W którą stronę byśmy poszli?

2:0 dla polskich reżyserek.

Powroty

Cieszę się ze Złotej Palmy dla Hirokazu Koreedy. Ale przyznaję, że „Złodziejaszki” przyniosły mi mniej satysfakcji niż kilka jego poprzednich filmów, arcydzieł, surowszych w tonacji i ciekawszych formalnie, dzięki czemu bardziej przejmujących, głębszych. Mam na myśli „Dziecięcy świat” czy „Ciągle na chodzie”. Nowy film Japończyka to jakby składanka jego największych szlagierów – rodzina, społeczeństwo, dzieci. A wiadomo, jak to jest ze składankami. Wszystko znasz i lubisz, wysłuchasz z przyjemnością. Ale w gruncie rzeczy tęsknisz za półtonami, mniej oczywistymi kawałkami. To one robią różnicę, niuansują całość, tworzą pełnię.

Niczego za to nie brakuje mi na seansie „Czarnego bractwa. BlacKkKlansman” Spike’a Lee. Dostaję to, po co tu przyszłam – wartką, klarowną historię. Opowieść o rasizmie na miarę naszych czasów. Przewrotną, obnażającą liczne nonsensy rasistowskiego myślenia, które – niezależnie od roku w kalendarzu – konsekwentnie żerują na głupich schematach i stereotypach. W absurdzie następujących w filmie wydarzeń wielokrotnie gubi się sens tego, kto, kogo i właściwie dlaczego nienawidzi. To celowa farsa, która jak ulał pasuje do nieznośnej odporności świata na zmiany, jego zaściankowości trzymającej się mocno, wbrew rozsądkowi, postępowi, wszystkiemu. Aż ręce opadają. Nic tylko obśmiać – ze złości czy z bezsilności – a potem dać po twarzy finałową, przerażającą sekwencją. Tak jak to robi Lee.

A Lars von Trier? Sceny przemocy, owszem, tak jak ostrzegano, są próbą wytrzymałości, torturują wrażliwość. „Dom, który zbudował Jack” to jednak coś więcej niż prowokacja. To spowiedź. Esej. Spojrzenie w głąb siebie, z drwiną i ironią, gorzki, choć niepozbawiony humoru autokomentarz. I ja to kupuję – artystyczną wolność, która pozwala twórcy wyprawiać na ekranie szalone rzeczy. Dużo gadać, nawet o sobie, przebrać Matta Dillona w czerwoną pelerynkę i strącić do piekieł. Trier robi to, bo może. Ale wciąż intryguje, stymuluje, zmusza do nadążenia, wysiłku myślowego. Jak dla mnie, to bardzo ok.

I jeszcze raz powroty    

Przyjemność doświadczania Nowych Horyzontów płynie nie tylko od strony bajecznego Cannes, ale skromniej – z satysfakcji podążania własną ścieżką. Na przykład przez chodzenie na seanse, po których nie wiadomo, czego się spodziewać. Jak szalone „Samui Song” Pen-ek Ratanaruanga oglądane do późna w nocy, a zakończone spotkaniem z twórcą, który na poczekaniu wymyśla niesłychane historie – o tym, jak pływał w basenie. O tym, kogo spotkał w supermarkecie. I wszystko to jest dziwaczne, jak z innej planety, a jednocześnie doskonale pasuje do obejrzanego przed chwilą filmu. Będzie o czym opowiadać przy piwie. 

Są jeszcze te seanse, po których, dla odmiany, dokładnie wiesz, czego się spodziewać. Jak powtórka z „Nie oglądaj się teraz”, dobra niczym spotkanie z przyjacielem (obiecuję sobie, że tej jesieni będę tak stylowa jak Julie Christie). I pierwszy od lat seans „Tęsknoty”, skromnego arcydzieła Valeski Grisebach. Jak zwariowana kinofilka czekam na jedną scenę. Tę, w której bohater, poczciwy strażak, wychodzi na parkiet podczas służbowej popijawy, zamyka oczy i, kołysząc się, odpływa w rytm piosenki Robbiego Williamsa.

„I just wanna feel
real love
Feel the home that I live in…”

Wzruszam się, tańczę z nim. Tańczę i śpiewam, choć tylko w myślach. I czuję.
Bo od tego przecież jest kino.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *