„Sekcję rytmiczną” w reżyserii Reed Morano włączałam z umiarkowaną ciekawością (na ten momoment można obejrzeć ją na HBO) – nie dość że film zebrał za granicą chłodne recenzje (choć znalazł też swoich fanów), to u nas mało kto się nim zainteresował. U mnie początkowa nieufność szybko ustąpiła zaangażowaniu, drugą połowę oglądałam w pełni ożywiona. Nie dziwi, że podstawę scenariusza stanowi książka, którą czytelnicy często określają mianem „wciągającej” (polskie wydanie: Mark Burnell, „Metamorfozy zemsty”).

Pod mylącym, trochę wymyślnym tytułem kryje się historia quasi-bourne’owska, od wielu podobnych różniąca się jednak zakamuflowaną ironią. Rozpoznana ironia działa w tym przypadku jak niespodzianka, coś na kształt szlachetnego nadzienia w pospolitym wypieku. Twórcy obficie i ze śmiertelną powagą przywołują schematy charakterystyczne dla thrillerów szpiegowskich, by potem konsekwentnie je podważyć, podszyć delikatną kpiną. Dość powiedzieć, że bohaterka – która wychodzi z rynsztoka i przyjmuje rolę tajnej agentki, by pomścić swoją rodzinę – wprost zostaje tu nazwana kliszą, czystym banałem. Poza tym żaden z niej milczący anioł zemsty, ani nawet wytrawna szpieguska – jej ręka drży, gdy celuje bronią w potencjalną ofiarę, oczy zdradzają lęk i niepewność. Takie rozbrojenie kliszy daje interesujący efekt. Zamiast superbohaterki oglądamy człowieka – kobietę pokonującą własne słabości.

W rolę niedoświadczonej agentki wcieliła się Blake Lively, od pewnego momentu wyraźnie stylizowana na Nikitę. I jest to dobra rola, intensywna i zniuanowana. Kamera ani na moment je nie odstępuje – w trakcie pościgu wciska się z nią do samochodu, podczas walk wychwytuje jej każde stęknięcie, jęknięcie, kruchość właściwą dla osoby po traumie. Niewyszkolone ciało stawia opór, jest niepewnym narzędziem – do działania pcha je jednak cel, determinacja, dzika potrzeba zemsty. Staranne portretowanie bohaterki przez reżyserkę, wrażliwe na szczegół spojrzenie, stanowi nieoczekiwaną wartość w tym nieco pulpowym filmie akcji.

Czytaj też:   Spektakl męskiej urazy. O "Ostatnim pojedynku" Ridleya Scotta


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *