Publikowanie na łamach internetu w moim przypadku wiązało się z pokonaniem kilku barier. Pisanie i wyrażanie opinii to bowiem odsłanianie siebie, czynność wbrew pozorom bardziej obnażająca, niż wrzucenie do sieci swojej facjaty. Bo czy nie jest tak, że niedoskonałości urody są znacznie mniej zawstydzające, niż niedostatki w myśleniu? Przynajmniej ja tak to widzę. Internet jednak uważa zupełnie inaczej. Tonie w podrasowanych i dopracowanych fotkach, nie przykładając jednocześnie należytej uwagi do treści.

Z tej perspektywy trochę mnie dziwi szalona popularność blogowania, publikowania, obnoszenia się ze swoimi opiniami nie zawsze podpartymi wiedzą. Prawdopodobnie wynika ona z zupełnie innego podejścia do pisania niż moje. Lekceważącego podejścia. Żeby pisać, trzeba mieć tupet. To przecież pewien rodzaj odpowiedzialności. Wyrażając swoje zdanie, niejako narzucasz je swojemu czytelnikowi, próbujesz go zainteresować SWOIM sposobem patrzenia na świat, SWOIM punktem widzenia, chcesz mu zająć JEGO czas SWOIMI słowami, wizjami, myślami. Nie ma tu miejsca na kompleksy. Jest za to szarża poczyniona na jego uwadze i czasie. Prawo do narzucania swojego zdania nadajesz sobie sam, jesteś samozwańczym opiniotwórcą. Jeśli cię czytają, połowę roboty masz za sobą. Posiadasz pewnie dużo charyzmy, trafiasz w dobry target, zostałeś dobrze zarekomendowany albo po prostu piszesz fajne rzeczy. Dobrze będzie teraz okazać szacunek czytelnikowi i nie podrzucać mu byle jakiej lektury. Gorzej z tymi, którym mimo ogromnych chęci brak umiejętności, błysku lub wiedzy – skazują się na kpiący uśmieszek po drugiej stronie ekranu lub w najlepszym przypadku – na obojętność.

Każdy może się też oszukiwać – to dobry sposób na zachowanie samopoczucia na wysokim poziomie. Póki w komentarzach pod Twoimi wpisami nie pojawia się fala negatywnej energii, pewnie nosisz w sobie przekonanie, że jesteś mądry. Tyle że jeszcze nieodkryty. Równie dobrze możesz się okłamywać, posiadając już upragnioną popularność. Choć to dość złożony przypadek, nie czas by się nad nim rozwodzić. Tak czy siak uważasz, że jesteś warty uwagi. Skąd w Tobie taka pewność? To właśnie ten tupet, o którym piszę.

Moja pewność jest trochę chwiejna. Z tego powodu co jakiś czas z mojego bloga znikają żenujące wpisy popełnione w przeszłości zbyt lekkomyślnie, natomiast moja strategia pisania co chwilę się zmienia. Raz unikam zaangażowania w strachu przed wyrażaniem własnej opinii (bo czy ja naprawdę mam coś ciekawego do powiedzenia?), by potem takie asekuranctwo sobie wyrzucać (więcej wiary w siebie!). Te moje wątpliwości mogą wydawać się nieco śmieszne, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę zasięg tych treści. Tym bardziej jednak utwierdzają mnie w przekonaniu, że pisanie wymaga „jaj”: gdy tylko sobie wyobrażę, że moje teksty trafiają do masy osób, robię się trochę przerażona. Pewnie miałabym okropne kłopoty  z zasypianiem, zastanawiając się po nocach, czy tak naprawdę opublikowane gdzieś przeze mnie opinie naprawdę są warte uwagi i w gruncie rzeczy słuszne. Mówiąc nieskromnie – to wielka szkoda, że nie wszyscy „wpływowi” piszący myślą podobnie do mnie. Żal ściska, gdy wielu z nich bez cienia kompleksów i z rozbuchanym ego publikuje nierzetelne bzdury.

Krytykować coś, dzieło literackie czy filmowe, wcielać się w rolę kata, „tego złego”, kogoś, kto ocenia – to trudna sztuka. Krytyka powinna być w miarę możliwości obiektywna, choć tak naprawdę nie da się tej obiektywności zachować. Dzieło nie jest bowiem przedmiotem, którego użyteczność można łatwo ocenić. Dzieło żyje. Jest wielopoziomowe. Jego odbiór zależy nie tylko od kunsztu autorów, ale i od samego widza, krytyka i tego, co wcześniej przeczytał, zobaczył i co poczuł.

Najlepsze recenzje, eseje, teksty zbudowane są na osobowości krytykującego. Jeżeli spośród rzetelnych argumentów wyziera jego sylwetka, indywidualna historia obcowania z kulturą, historią filmu czy literatury, sympatie, osobiste konteksty, prawdziwe, wciąż dojrzewające emocje, a to wszystko nie zagraża kompetentnej opinii, mamy do czynienia z krytykiem bardzo dobrym. Takim, który sam tworzy, a nie tylko relacjonuje. Takim, który rozumie odpowiedzialność swojego zadania i docenia wcale nieoczywistą możliwość zabrania głosu przed licznym audytorium. Który nie zamierza kraść nikomu cennego czasu. Takich krytyków, blogerów, dziennikarzy, chciałabym czytać więcej.


6 Replies to “Bo żeby pisać, trzeba mieć tupet

  1. Mogę się podpisać pod tymi słowami w 100%. Niestety z jednej strony te obawy są szalenie ograniczające ale z drugiej szacunek do czytelnika jakoś nie pozwala odblokować hamulców. Może kiedyś ;).
    A jak się bałem pierwszego felietonu do prasy branżowej. Ale jakoś poszło ;)

  2. Nie usuwaj starych postów :), one są zapisem tego co kiedyś myślałaś i jaka w danym momencie byłaś, to oczywiste z czasem mogło się coś pozmieniać.

    1. :) No wiem, że usuwać się nie powinno. Ale ogarnia mnie jakiś taki wstyd, jak czytam te moje niegdysiejsze wypociny. Ostatnio jednak postanowiłam, że więcej już kasować nie będę.

      Pozdrawiam serdecznie!

  3. Zgadzam się z wszystkim co napisałaś Superchrupko, w całej rozciągłości na jaką mnie oczywiście stać ;)

Skomentuj Zbyszek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *