Film

Ciasna jest brama i wąska droga. Ballada o Busterze Scruggsie.

Zaczyna się klasycznie, żeby nie powiedzieć staroświecko – od otwierającej się książki. A tam, jak to w książce, przygoda, bajka, mit. Bracia Coen w tęsknym zaśpiewie rozpoczynają balladę o nieszczęśnikach z Dzikiego Zachodu. Kruchych i krzepkich, prawych i grzesznych, przede wszystkim zaś… martwych. „Ech, życie to życie” mówi filozoficznie jeden z bohaterów, pędząc dyliżansem ku mrocznemu przeznaczeniu.

„Ballada o Busterze Scruggsie” to film antologia złożony z sześciu miniatur, niepowiązanych bohaterem czy wydarzeniem, ale przeglądających się w sobie. Napisanych na ten sam temat, a raczej na wiele bliźniaczych tematów. To antologia tyleż westernowa, co zbierająca w sobie coenowskie obsesje. Można strzelać w ciemno: życie jako suma przypadków, chciwość, absurd egzystencji i bezsensowność śmierci, amoralność, wyobcowanie. Wreszcie Ameryka i jej grzechy, literatura, kino, przeszłość. I piosenki. Coenowie to twórcy, którzy ciągle się powtarzają, choć robią to na różne sposoby. Ostatnio w kostiumie westernu, ale krzywdą byłoby postrzegać ich film wyłącznie z perspektywy gatunkowego przebrania. „Ballada…” to wypowiedź zgoła filozoficzna, mały traktat. Podkreśla to poszatkowana forma, jakby każdy rozdział drążył wybraną tezę.

Kura czy kultura?

Na przekór swojemu pesymizmowi ten film zaczyna się jak komedia – rozśpiewaną nowelką o pyszałku, któremu los daje nauczkę za nadmierną pewność siebie. Sympatyczne, ale zbyt błahe byśmy przeczuli zbliżające się uderzenie rozpaczy. W kolejnym rozdziale – historii rabusia, który przypadkiem wymyka się przeznaczeniu – czarny humor nie ustępuje, jest jednak dotkliwszy. Zwłaszcza w zakończeniu, które bezczelnie kpi sobie z nadziei. Ta faktycznie umiera jako ostatnia. Humoru dwóch pierwszych części pozbawiony jest natomiast akt trzeci. Na potrzebę historii o teatrze jednego aktora, który nie ma rąk i nóg tylko rozpacz, zmienia się zarówno sceneria filmu (na zimową), nastrój (na ponury) i jego tempo – z błyskawicznego w kontemplacyjne. I choć nagłe wciśnięcie hamulca można uznać za pewne ryzyko, to najwyraźniej celowy, dość perfidny zabieg twórców. Gdy po efektownych atrakcjach przerzucają się na wygłaszane ze sceny wersety z Szekspira, Biblii czy Konstytucji Stanów Zjednoczonych, równocześnie wymuszają radykalną zmianę w odbiorze – z rozprężenia w cierpliwość i wytężoną uwagę. Perfidia tego zagrania kryje się również w samym temacie noweli. Skrzywdzony przez życie aktor z występu na występ traci publiczność. Tania rozrywka wypiera ambitną. Głupia kura okazuje się ciekawsza niż lament bliźniego. A my? Lekko zniecierpliwieni gromkim monologiem Ozymadiasza, po której stronie publiki jesteśmy? Aktora czy kury?

Ta historia wydarzyła się naprawdę

W sposobie, jaki bracia Coen odtwarzają Dziki Zachód, jest pewna umowność. Widać to szczególnie w noweli o poszukiwaczu złota. Nienaruszony eden, ogromne połacie zieleni, lśniący w słońcu strumień. Człowiek burzy spokój tego miejsca, jest intruzem. Widok ten z jednej strony uwodzi, z drugiej sprawia wrażenie sztucznego, spreparowanego. To tylko iluzja, jak iluzją jest wygenerowany komputerowo jeleń. „Ballada o Busterze Scruggsie” nie jest próbą odtworzenia ówczesnych realiów, a nawet ich mitologizacji (czy demitologizacji). Nie odnosi się do życia, ale do gatunku filmowego – jego symboli i wizualnych skojarzeń, a więc światów już przetworzonych. Coenowie wcześniej robili to wiele razy. Choć udawali, że rzeczywistość, o której opowiadają, jest prawdziwa, nietrudno było ich zdemaskować.

Przestraszona dziewczyna i patriarchat

W najnowszym filmie bracia pozostają więc wierni sobie – zarówno wizualnie, jak i filozoficznie. Wydają się też bezlitośni w dawaniu i odbieraniu nadziei. Alice Longabaugh, która wraz z bratem wyrusza oregońskim szlakiem w poszukiwaniu szczęścia, ma w sobie mądrość i łagodność. Doskonale zdaje sobie sprawę, że jej brat to nieudacznik i frustrat, w dodatku dla własnych korzyści próbujący wmanipulować ją w wątpliwe małżeństwo. Alice nie buntuje się przeciw bratu. Wyzwala ją los, choć nie daje się tą wolnością nacieszyć. Zakończenie piątej opowieści to z pozoru nieszczęśliwy zbieg okoliczności, coenowska suma przypadków, ale gdy się nad nim zastanowić, wyraźniej widać zachodzącą w nim celowość. Nieprzypadkowe wydaje się to, kto prowadzi Alice do zasadzki i kto daje jej broń do ręki. Czy biegły w broni i ogromnie doświadczony Pan Arthur naprawdę bał się, że nie podoła Indianom? A może większe zagrożenie czuł nie ze strony Indian, ale od Alice Longabaugh? I co z tym pieskiem? Czy nie słusznie byłoby w nim zobaczyć posłańca swojego właściciela, brata dziewczyny, który nawet z zaświatów próbuje ciągnąć ją za sobą? Morał tej historii jest smutniejszy, niż możemy przypuszczać. Zgubą dla dziewczyny na Dzikim Zachodzie wcale nie są "czerwoni dzicy", ale pułapka zasadzona przez biały ucywilizowany patriarchat. I własną głupotę. 

Jest w tej noweli niezwykła, niemal metafizyczna scena, w której dochodzi do sojuszu dusz. Alice rozmawia z Billym o sztuce życia. Rozumieją się wpół słowa, ich oczy błyszczą. Billy stwierdza, że głupotą jest wierzyć w prawdziwość tego, co widzimy i dotykamy, przecież los tak często nas oszukuje. „Pewność to łatwa wymówka” – mówi on, a ona już to wie. W rozmowie dwójki zakochujących się w sobie ludzi bracia Coen zawarli pesymistyczną filozofię swojego kina. Człowiek to jedynie produkt życiowego absurdu – ofiara przypadku, głupoty i złych intencji. W tym świecie nigdy nie wiadomo, co jest atrapą i oszustwem, co wydarzy się jutro. Jedyne, czego można być pewnym, to śmierć. To nie jest kraj dla zakochanych. 

Są dwa rodzaje ludzi: żywi lub martwi

I tak, na zakończenie odbywamy podróż dyliżansem śmierci. Jego pasażerowie rozmawiają z przejęciem, dialog powoli się zagęszcza, tajemniczy gość o północy puka do ich zmrożonych serc. Z anegdotek i przekomarzań wyłania się większa idea – komentarz do filmu, do życia i jego końca. Stylistyka jak z gotyckiego horroru, niesamowitość oraz rozległa, pędząca jak dyliżans myśl, legitymizuje ostatnią nowelę jako najbardziej pokrewną literaturze. Ale fascynacja tym, co literackie, daje się odczuć przez cały film. Nic dziwnego, że poszczególne nowele mają swoją podstawę w opowiadaniach. Minimalistycznych, jakby spisanych na nie więcej niż dwóch stronach („Meal Ticket”), innym razem rozbudowanych („The Gal Who Got Rattled”), zawsze jednak z wyraźną strukturą. Podatne na wielość interpretacji, pełne kontekstów i symboli, składają się w całość niczym w zbiór.

 „Myślę, że ciężko byłoby nam się odnaleźć w serialach. Filmy to co innego. Mają początek, środek i koniec.” – mówił niedawno Joel Coen, dementując jednocześnie głośną plotkę o tym, że „Ballada…” była pierwotnie pomyślana jako serial. Jego słowa można potraktować jako wskazówkę przy odbiorze filmu. Bo ten, choć formą prowokuje, by oceniać go jako paczkę osobnych krótkometrażówek, jednocześnie takiej ocenie się wymyka. Wyraźnie zyskuje, gdy spojrzymy na niego z lotu ptaka. Próbując zrozumieć nie tylko poszczególne historie, ale również koneksje między nimi oraz całościową konstrukcję, łatwiej znaleźć w tym wszystkim głębszy sens. I nie tylko. „Ballada o Busterze Scruggsie” to swoisty wytrych do twórczości Coenów w ogóle, w której w podobny sposób miesza się zarówno tempo narracji (od komedii po niespieszny moralitet), jak i uluione tematy.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *