Może za wcześnie na panikę, może przesadzam, ale czasami ogarnia mnie niepokój spowodowany nieuchronnością przemijania.

Strach związany z przemijaniem nie wiąże się jedynie ze znaczącymi się pod oczami zmarszczkami. Istnieje we mnie również coś takiego jak „niepokój kulturalny”. Ciężko mi się pogodzić z faktem, że niektóre rzeczy i zjawiska pojawiają się tylko raz, a potem znikają na zawsze. Wraz ze zmieniającymi się pokoleniami wyparowują z ogólnej świadomości społecznej. Jedynie od czasu do czasu, ktoś staromodny, ktoś nie na czasie, westchnie naiwnie i pokręci głową: kiedyś przecież było lepiej.

Kiedyś robiono lepsze gry, kręcono lepsze filmy, lepsi aktorzy grali w tych filmach, nawet książki pisano lepsze i z większym rozmachem. Muzyka była ambitniejsza, a teksty bardziej skomplikowane. A teraz wszystko, co było takie dobre, zamazuje się znika, traci na znaczeniu. To oczywiście przesada, zbędny lament, bardzo niesprawiedliwy, a jednak namacalny, uporczywy. 

Clint Eastwood powinien być nieśmiertelny

Najbardziej melancholijne nastroje dopadają mnie wtedy, kiedy myślę o Clincie Eastwoodzie. I piszę to całkiem serio. Gdy na niego patrzę, na te jego najbardziej współczesne zdjęcia i spoglądam w tę twarz staruszka, zaczynam się bać. Boję się dnia, w którym świat obiegną nagłówki: „Clint Eastwood nie żyje”. Przeraża mnie fakt, że dla każdego superczłowieka filmu istnieje jakaś ograniczona pula roli do zagrania i produkcji do nakręcenia. Przyjdzie dzień, w którym ta pula się wyczerpie, zamknie się nieodwołalnie i nie będzie już więcej Clinta Eastwooda. Jedyna opcja, jaka pozostanie nam – fanom, to odgrzewanie na okrągło tych samych kotletów. Z każdym odgrzaniem ulatywać z nich będzie szczypta smaku, szczypta radości nieodłącznie związanej wyłącznie z pierwszm, świeżym odczytaniem. 

Podobnie mam dzisiaj z Paulem Newmanem. Umarł już jakiś czas temu. Co prawda zdążył zagrać w naprawdę wielu filmach, ale mimo to jest ich określona liczba, co potrafi dokuczać, powodować permanentny ból każdej szanującej się fanki. Oczywiście aktorów, których filmografie się już wyczerpały jest cała masa, jest co odkrywać, ale ich nienakręcone filmy to potężne źródło specyficznej pustki zasiewanej w sercach wszystkich widzów. Tych, którzy ich już poznali i tych, którzy dopiero będą ich poznawać. 

Czytaj też:   „Pewnego razu… w Hollywood”, czyli ghost story

Rzecz oczywiście nie dotyczy tylko filmu. Podobnie jest z pisarzami czy muzykami. Rodzą się tylko raz i niestety umierają, zostawiając mniej lub bardziej obfity, ale zawsze ograniczony dorobek. I choćbyśmy odświeżali ich twórczość bez końca, odgrzebywali rzeczy niedokończone, pustka ciągle będzie wiercić dziurę w brzuchu. Kolejne pokolenia zapomną, bo przecież coraz szybciej zapominają.

Pamiętam, jak niedługo po śmierci Michaela Jacksona moja bratowa zdradziła mi niepokojącą rzecz. Otóż jej znacznie młodsze rodzeństwo, dzieciaki jeszcze, nie do końca wiedzieli, kim jest Jackson. Moja wyobraźnia nie potrafiła tego pojąć – jak to możliwe żyć na ziemi i nie znać ikon popkultury, które wydają się wdrukowane w powszechną świadomość? Jakbyśmy się z nią rodzili? Okazuje się, że można. Wystarczy, że się jest całkiem normalnym dzieciakiem. Elvis Presley dawno już został skategoryzowany jako uosobienie kiczu, a jego świetnych, bardziej uniwersalnych kompozycji nikt nie pamięta. Beatlesi w powszechnym rozumieniu kojarzą się jedynie z rock and rollem nie na czasie, a nie z przełomową, wybitną klasyką muzyki rozrywkowej. Popkultura z czasem się spłaszcza, banalizuje. 

Dzień, w którym nie będzie już Clinta Eastwooda, będzie dniem smutnym. Kino stanie się uboższe, świat o kolejny ton przybliży się do brzydkiej szarości. Historia, choć podobno się powtarza, nigdy nie wróci na te same tory. Tacy sami ludzie się nie zdarzają. Istnieją aktorzy niezastąpieni.


4 Replies to “Dzień, w którym nie będzie już Clinta Eastwooda

  1. „Wybudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu
    strzelający nad ogrom królewskich piramid
    nie naruszą go deszcze gryzące nie zburzy
    oszalały Akwilon oszczędzi go nawet

    łańcuch lat niezliczonych i mijanie wieków
    Nie wszystek umrę wiem że uniknie pogrzebu
    cząstka nie byle jaka (…)”

    (Horacy, „Exegi monumentum”)

    Wszyscy wielcy, którzy odeszli, siedzą już na polanie na końcu ścieżki. Czekają na następnych. Ale ich cząstka zawsze pozostaje tutaj, z nami. Eastwood także ma pomnik trwalszy niż ze spiżu, choć nieco innej proweniencji. Na razie jednak cieszmy się tym, co jest:)

  2. Sam boję się dnia kiedy Clint odejdzie. I chociaż Kirk Douglas z racji wieku nie jest już aktywny, to jego osoba też napełnia mnie takim strachem. Niewiele już zostało legend kina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *