Kopiuj-Wklej, Serial

Kopiuj-wklej #5. Seriale

Pod etykietką "Kopiuj-Wklej" zbieram cyklicznie treści z fanpage'a – krótkie notki o filmach, serialach lub książkach. Ku potomnym, by nie przeminęły wraz z wyczerpanym zasięgiem. 

Goldless, sezon 1

Można odnieść wrażenie, że serial ten nakręcono głównie dla jego znakomitego finału. W „Godless” finał zaskakuje jak trzeba i jak trzeba trzyma za gardło. W ostatecznej brawurowej konfrontacji bohaterek i bohaterów czuć wyraźnie trud walki, poświęcenie, heroizm. Czuć dotkliwą ofiarę, która ma moc ocalania. 

Zakończenie zaskakuje, tym bardziej że serial jest jednak rozczarowaniem. Pomimo świeżego tematu (miasteczko na Dzikim Zachodzie zamieszkałe głównie przez kobiety) i mocnego wejścia, Scott Frank okazuje się zachowawczym scenarzystą. Jakby bał się opuścić strefę komfortu, a w konsekwencji niechcący nie tylko zdusił ciekawie zapowiadające się wątki (na czele z wojną płci w mieście), ale też nie pozwolił się rozwinąć niektórym fajnym postaciom, jak choćby Alice Fletcher, kobieta z przeszłością, która zamiast działać – czego można, a nawet wypada oczekiwać – przez większość odcinków snuje się po własnym gospodarstwie na odludziu. Najciekawszym z bohaterów okazuje się nie ten główny, jeździec znikąd, ani nawet główny oprych, ale cierpiący na pewne słabości szeryf w obliczu krytycznej próby. Mimo to „Godless” ma swój urok. Nie da się ukryć, że Dziki Zachód to dla Franka temat ulubiony. Z namaszczeniem, choć dość grubym konturem, spisuje on wątki z klasycznych westernów, tworząc przy tym ładną pocztówkę. Większość odcinków ogląda się szybko i bezboleśnie, ale przecież nie o „bez bólu” tutaj chodzi. Zwłaszcza że kilka sygnałów – te wszystkie małe, krwiste olśnienia – dawały nadzieję na znacznie więcej. 

Chociaż dla finału warto.

Dark, sezon 1

Można powiedzieć, że „Dark”, pierwszy niemiecki serial od Netflixa, nie tylko czerpie korzyści z podobieństw do niebotycznie popularnego „Stranger Things”, ale równocześnie na nich traci. Czerpie korzyści, bo punkty, które dzieli z amerykańskim „kolegą” – lata 80-te, małe miasteczko, niewyjaśnione zjawiska łączone z tajemniczym obiektem, zaginięcie dzieciaków – są nośne i modne, przyciągają więc publikę. Traci, bo może przez nie sprawić zawód. To przecież osobny serial, o innych ambicjach, daleki od kina nowej przygody. Odróżnia go przede wszystkim stosunek do nostalgii. „Stranger Things” z nostalgii wyrasta, „Dark” natomiast, mimo akcji częściowo osadzonej w latach 80-tych, z tej samej nostalgii rezygnuje. Przeszłość wcale nie daje się tu adorować, a jej rekwizyty wcale nie mają na celu wzbudzać słodkiej tęsknoty. Wręcz przeciwnie. „Dark” jest gorzkim serialem, którego bohaterowie – podróżujący w czasie między 1986 i 2019 rokiem – szybko i w bólach przekonują się, że tak naprawdę nic się nie zmienia. Przeszłość jest tak samo gorzka i do dupy jak teraźniejszość, a oni sami w tej przeszłości wcale nie lepsi i piękniejsi, lecz tak samo jak dziś popaprani. „Różnica między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją” – to słowa Einsteina, zacytowane na początku pierwszego odcinka. Równie dobrze mogłyby brzmieć: nasza nostalgia to tylko iluzja, słodkie kłamstewko. Nie ma za czym tęsknić, a co gorsza – nie ma co liczyć, że przyszłość cokolwiek zmieni.

Kroniki Times Square, sezon 1

Zaśmiecona, obskurna, niebezpieczna i kolorowa – 42. ulica w Nowym Jorku. Wprowadziłam się tu i zadomowiłam na 8 odcinków serialu Davida Simona i George'a Pelecanosa. Teraz, gdy przygoda się skończyła, jest mi trochę smutno. Już wiem, że będę tęsknić. „Kroniki Times Square” tętnią życiem, klimatem nocnych barów i grindhouse’owych kin, latami 70-tymi i wolnością. Za chwilę na ekrany wejdzie „Głębokie gardło”, biznes porno rozkwita, gliniarze są skorumpowani, a mafia robi biznesy. Wydaje się, że to materiał na chropowate, „męskie” kino, a jednak dostajemy coś znacznie głębszego. „Kroniki Times Square” to opowieść gawędziarza – nigdzie się nie spieszy, żyje szczegółem, anegdotą, błyskotliwym dialogiem, chwilą. Nie stawia tez, nie wartościuje, nie narzuca się, nie jest ani sentymentalna, ani na siłę szokująca. Z bezstronnej perspektywy pokazuje życie jak każde inne, tyle że bohaterów mamy niecodziennych. Wyglancowani alfonsi przy porannej jajecznicy martwią się zmianami w branży, prostytutki o podkrążonych oczach próbują związać koniec z końcem, może spełnić jakieś marzenie. Jak wszyscy. I tak mija dzień za dniem.

Serial ma świetną energię, wychodzi poza ograne schematy. Łatwo wejść w ten świat, mimo jego brutalności – polubić. Bohaterowie budzą sympatię. James Franco w podwójnej roli braci bliźniaków sam ze sobą generuje znakomitą chemię. Fenomenalna jest też Maggie Gyllenhaal jako Candy, wypalona, martwa w środku prostytutka z ambicjami. No i Margarita Levieva jako Abby, zbuntowana collage girl, która rzuca edukację i bogatych rodziców, by sprzedawać drinki w obcisłym uniformie. Bohaterów jest znacznie więcej, ich interesy krzyżują się, tworząc bogatą mozaikę czasów. Czasów niezwykłych, bezpruderyjnych, w których na premiery filmów porno garnęły tłumy. Ten sezon to dopiero początek, zostało jeszcze wiele kart do odkrycia. Już chcę tam wrócić.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *