Wraz z upływającymi latami, coraz trudniej mi przez to przechodzić. Co roku, gdy przestawiamy czas z letniego na zimowy, moje myślenie staje się automatycznie bardziej ponure. Coś tam pstryka we łbie, przestawia jakaś miniaturowa dźwignia i zaczynają się problemy. Trudno mi się wtedy patrzy na ten pogrążony w szaroburstwie świat, a myśl o zimie napawa mnie lękiem, bólem i strachem. Nie przesadzam. Bardzo letnia ze mnie dziewczyna – po prostu. Słońce pozwala mi utrzymać pogodę ducha na ekstatycznym poziomie, a to lubię najbardziej.

Są jednak nieliczne uroki sezonu jesienno-zimowego, które akceptuję. To bowiem czas, w którym moja lista filmów obejrzanych i książek przeczytanych robi się przyjemnie pękata. Łatwo to wytłumaczyć. Boję się patrzeć przez okno, więc patrzę na ekran lub w książkę. I marzę melancholijnie o powrocie słońca. Marzę o tym nawet przy filmach. Szczególnie tych letnich. Tych z kolei w ostatnim czasie kilka obejrzałam. Więc podrzucam:

(kawałek do posłuchania podczas czytania)

Najlepsze najgorsze wakacje (2013)

Wakacyjny samograj. Rzecz opowiada o nieprzystosowanym do życia w społeczeństwie nastolatku, który zostaje zmuszony spędzić wakacje ze swoją matką, jej beznadziejnym facetem i jego znajomymi. To, co rozgrywa się na ekranie w trakcie seansu, widzieliśmy już co najmniej 100 razy. A jednak ciągle nam mało. Urok opowieści o wycofanym chłopcu z wrażliwym sercem i charyzmą na zerowym poziomie jest tak silny, że wraz z napisami końcowymi nie przychodzą na myśl żadne zarzuty. Chłopakowi udaje się uciec od koszmarnego, toksycznego otoczenia. Znajduje przewodnika w postaci dziwacznego zarządcy parku rozrywki o nazwie Water Wizz (przy okazji – Sam Rockwell kopie tu tyłki swoim bezkompromisowym urokiem osobistym) i zostaje przez niego zatrudniony. Tu, pośród basenów i zjeżdżalni, szumu wody i beztroskiej zabawy, przeżyje przygodę życia. Mikroprzygodę w mikroświecie.

Królowie lata (2013)

I w tym filmie nie doszukamy się nic oryginalnego. Co poniektórych widzów zdenerwują nawet zrzynki motywów, momentów i obrazków funkcjonujących w kulturze od lat tak odległych, że aż trudno sięgnąć pamięcią. Oto mikrogrupka chłopców postanawia pewnego lata uciec od wkurzających rodziców i wybudować sobie w leśnej dziczy chałupę z drewna. O mamo, któż nas nie miał lata temu podobnych marzeń? Tym chłopcom w przeciwieństwie do nas się udaje, stają się zatem tytułowymi królami lata. Do czasu. Pewien problem o platynowych włosach poważnie namiesza w ich beztroskiej egzystencji. Film Jordana Vogt-Robertsa został skonstruowany według ścisłej recepty na melancholijny obrazek beztroskiego dzieciństwa. Ta szablonowa konsekwencja trochę wkurza. Wkurza też swoiste niedopracowanie filmu. Coś tu haczy, zamiast swobodnie płynąć. Mimo to trudno się nie uśmiechnąć podczas seansu.

Adventureland (2009)

Mój faworyt. To, co w tym filmie podobało mi się najbardziej, to autentyczna wakacyjna atmosfera. Skomponowano ją na tyle realistycznie, że dałam się uwieść, a film oglądałam z nieukrywaną przyjemnością. Fajnym duetem okazał się przegadany Jesse Eisenberg w wakacyjnej spółce z wampiryczną, ale ostatecznie lubianą przeze mnie Kristen Stewart. Znowu mamy park rozrywki, muzę w klimatach lat 80. (uwaga: supersoundtrack!!), miłość, jointy, młodzieńcze zagubienie, odrębny świat, do którego w przeciągu letnich miesięcy prawdziwa rzeczywistość się nie wprasza. Rzecz tak miodna, że nie przeszkodzi w jej odbiorze nawet mało urokliwa twarz tego kolesia od sitcomu z pizzerią – Ryana Reynoldsa.

The Wackness (2008)

„The Wackness” proponuje nieco brudniejszy klimat niż powyższe tytuły. Owszem, jest lato. Nie ma jednak domku na drzewie, parku rozrywki i wielkich marzeń. Jest za to upalny Nowy Jork i smutne perspektywy. Główny bohater to Luke Sapiro, młodociany diler narkotykowy, który towar rozprowadza pod pozorem sprzedaży lodów. Chłopak ma tylko jednego przyjaciela, psychiatrę, który sam zmaga się z większą ilością problemów niż odwiedzający go pacjenci. Ekscentryk ze skłonnością do jarania nie jest przyjacielem standardowym. Zresztą cała ta relacja jest grubo skrzywiona, choć nie pozbawiona uroku. Lato trwa, więc na horyzoncie musi się też pojawić dziewczyna. Znacznie bardziej doświadczona niż w głębi duszy wrażliwy Sapiro i mocno zblazowana, okaże się dla chłopka fantazją i rozczarowaniem jednocześnie.

Spacer po księżycu (1999)

Zaledwie wczoraj oglądałam ten film. Mocno cukierkowe barwy, ale całkiem przyjemne w odbiorze. Na uwagę zasługuje przede wszystkim fajowska obsada – mamy tu kultową i śliczną Dianę Lane, jeszcze wtedy smarkatą Annę Paquin, postawnego i nieco sztywnego Lieva Schreibera, no i boskiego Viggo Mortensena tym razem w roli namiętnego kochanka. Lato, które oglądamy filmie, nie jest zwyczajnym latem. To lato roku 1969. Lato Woodstocku. Główna bohaterka, czyli piękna Pearl, przykładna żona i matka, ma niezdrowe myśli. Po głowie chodzi jej ucieczka od konwenansów i prawdziwa, nieskrępowana wolność. I nadarzy się okazja, by zboczyć ze sztywno obranej drogi. Trwają rodzinne wakacje, podczas których nudny (choć bardzo poczciwy i zapracowany) mąż będzie mógł dołączyć wyłącznie w weekendy. Tymczasem uwagę Pearl skupi przystojny lekkoduch – sprzedawca bluzek. No i się zacznie. A lato wspomagane namiętnością nabierze jaskrawych kolorów.

Viggo na deser:


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *