Tak jak w życiu, tak też na ekranie – jedną z cech, którą cenię najbardziej, jest naturalność. Urzekają mnie ludzie autentyczni – bez przesadnego wymuskania, stylizacji, napompowania, niekoniecznie idealni, ale koniecznie prawdziwi.

Wiadomo, że aktor jest od tego, żeby oszukiwał. Fajnie jednak, gdy robi to tak dobrze, by zamaskować oszustwo. Tą cechą właśnie od lat ujmuje mnie Michelle Williams – daleka od kanonu, ale niezmiennie intrygująca, i cóż… prawdziwa.

Pierwsze moje spotkanie z Michelle Williams to czasy bardzo smarkate, bo licealne. Nie jestem na tyle wyjątkowa, by napisać, że nie oglądałam w przeszłości „Jeziora marzeń”, bo oglądałam. Co prawda serial potrafił denerwować moją młodą osobę, bo mimo że był o całowaniu i życiu młodzieży, młodzież nie mówiła tu młodzieżowym językiem, a ich rodzice zdawali się mniej ogarnięci niż własne dzieci. Michelle Williams, czyli Jen Lindley, też mnie denerwowała. Zagrała tu niby seksbombę, tak o niej mówiono, tak to insynuowano. A na moje oko już wtedy seksbombą nie była. Jakaś tajemnica, nieforemność, niesforny chód, nieprzyjazna mina, a już najbardziej wspomniana naturalność oddalała ją od "tych popularnych" (przynajmniej w pierwszych odcinkach). Pasowała jednak do tej niewygodnej roli dziewczyny po przejściach, outsiderki, zbyt dojrzałej na swój wiek, zbyt rozwiniętej i niezręcznie cielesnej przy swoich rówieśnikach, która po imprezie wymiotuje pod płotem, śpi z nieodpowiednimi chłopakami, robi źle, żyje źle i ma tego świadomość. Przepełniał ją smutek nieobcy każdej bystrej dziewczynie, która zbyt szybko dorosła.

Michelle jest często smutna i złamana. Chmurne oblicze, niedbała fryzura, trochę zbyt okrągłe plecy, niewesoła historia – to się od lat nie zmienia. W „Blue Valenine” włosy na zmęczoną żonę, zmęczenie wypisane na twarzy – gdzie tam jej do współczesnych zjawiskowych gwiazd typu Scarlett Johansson. Michelle jest jak taka hipotetyczna sąsiadka, do której chciałoby się przyjść, pogadać, wypić za dużo wina. Nawet w słodkich sukienkach, np. takich jak w „Take This Waltz”, jest w niej coś niedbałego. Jednocześnie sprawia wrażenie dojrzałej, inteligentnej, świadomej.

Czytaj też:   Ratownik, czyli żałoba po lecie

Do tej pory nie obejrzałam „Mojego tygodnia z Marilyn”. Mniejsza już o wartość filmu – strach ogarnia mnie przez sam fakt, że ta nieforemna nieco i nie najpiękniejsza aktorka postanowiła wcielić się w postać jednej z największych seksbomb wszech czasów (pod której urokiem także zresztą wciąż pozostaję). Z jednej strony pasuje mi to jak pięść do nosa, z drugiej smutek niegdysiejszej Jen Lindley nawet trochę w tym kontekście się zgadza. Zachmurzona Marilyn, zachmurzona Williams – interesujący eksperyment porównawczy, naturalność wystawiona na próbę.


3 Replies to “Michelle Williams – lubię ją!

  1. Ja Michelle Williams kupuję w całości ! Jeziora marzeń na szczęście nie oglądałam, a. Blue Valentine i Take This Waltz należą do moich ulubionych filmów i to w dużym stopniu zasługa aktorki. Nie obchodzi mnie, czy mieści się w hollywoodzkim kanonie piękna, bo ma znacznie więcej uroku i talentu niż niejedna idealnie piękna aktorka.

  2. A mnie się ona bardzo podoba, własnie dlatego że wyglada naturalnie. Nie jak te "holywoodzkie wieszaki" co są niby kwintesencją seksownego wyglądu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *