Duety

Neo-western w blasku ejtisów

Na portalu Kinomisja, w zbiorowym tekście o neo-westernie, napisałam o dwóch filmach z lat 80. – "Ulicach w ogniu" i "Near Dark". 

Ulice w ogniu (reż. Walter Hill), 1984

Nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy. Jesteśmy w bezczasie, inaczej mówiąc – w bajce. Ejtisowe dźwięki i pulsujące neony mieszają się z rock’n’rollem lat 50., western żeni się z filmem muzycznym. Do spowitego deszczem i wyziewami pary Nowego Jorku powraca smętny weteran wojenny, Tom Cody, by za garść dolarów przyjąć zlecenie uratowania swojej byłej dziewczyny z rąk motocyklowego gangu. Dziewczyną tą jest Ellen Aim, gwiazda rocka, która na swoje koncerty ściąga tłumy – w jej energetycznych piosenkach wybrzmi cała filozofia filmu. Ulice w ogniu to projekt tyleż ambitny, co bezpretensjonalny. Walter Hill swoich ambicji nie inwestuje w uwiarygodnianie rzeczywistości, ale wręcz przeciwnie, w uwypuklanie jej iluzyjności. Całą historię opiera na gatunkowych kliszach, zwłaszcza westernowych, które przerabia z kreatywnością i wigorem, jednocześnie je uwznioślając. Schematy pozostają schematami, ale tym razem prezentują się dumnie, z klasą. Wszystko w tym filmie jest umowne – miłość, zagrożenie, przemoc. Zwłaszcza ta ostatnia, bo choć mamy do czynienia z „westernem”, nie pada tu żaden trup, a finałowy pojedynek na młoty jest wręcz fantasmagoryczny. W ten sposób bohaterowie Hilla pozostają w swojej bajce, zawieszeni w czasie poza czasem, wieczni niczym kino. „Tonight is what it means to be young…” – śpiewa Ellen w ostatniej scenie i nie są to słowa bez znaczenia. Ulice w ogniu to bowiem film o energii młodości, ale też o mitologii kina służącej opłakiwaniu jej straty.

Blisko ciemności (reż. Kathryn Bigelow), 1987

Bardziej western w kostiumie opowieści o wampirach niż opowieść o wampirach w kostiumie westernu. Film Bigelow ma w sobie zaskakująco dużo melancholii. Mimo krwawych atrakcji i ejtisowego anturażu to nastrojowy snuj – kino drogi ze staromodnym wątkiem romantycznym oraz nocą, liryczną i tajemniczą, rządzącą się własnymi prawami. Rzecz opowiada o poczciwym chłopaku z farmy, który, ugryziony tuż przed świtem przez przypadkowo spotkaną dziewczynę, trafia do wędrownego gangu wampirów. Wampiry w filmie Bigelow to wyjęci spod prawa outsiderzy, tyleż niebezpieczni i nikczemni, co pociągający w swoim trwaniu poza regułami smętnego życia za dnia. Jak mówi jeden z bohaterów: „noc ma swoją cenę”. Wampiryzm staje się dla chłopaka czymś na kształt pułapki złego towarzystwa, w którą wpada się zwykle za młodu i dość bezmyślnie, podążając za pragnieniem, tutaj – za piękną dziewczyną. Próbę ratunku podejmuje jego ojciec, głowa rodziny czyli jedynej stałej, która chroni przed błędami młodości, nałogami, głupimi wyborami. Blisko ciemności nie komplikuje prostej metafory i dobrze na tym wychodzi. Znakomicie działa na poziomie sensualnym, jako pocztówka z nocy z dryfującymi wampirami, gdzie nawet brutalne sceny mają niezwykłą atmosferę, a wysysanie krwi na tle księżyca to akt głęboko erotyczny. Mitologię gatunku czuć zwłaszcza w finale, mocnym i efektownym, z jeźdźcem na koniu na tle księżyca, pościgiem na zakurzonej szosie, chłopakiem i dziewczyną w objęciach.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *