neon-demon-2

Strach pochwalić najnowszy film Nicolasa Windinga Refna. Strach się nad nim zachwycić. Zrób to, a znajdą się tacy, którzy – jeszcze zanim skończysz swoją wypowiedź – machną na ciebie ręką; zwymyślają od „wyznawców Refna". Nie fanów, nie entuzjastów, ale „wyznawców”, bo oczywiście nieobiektywnych i zbzikowanych jak w sekcie.

Wypraszam sobie.

1.

Pisząc o „Neonowym Demonie”, krytyka przerzuca się wymyślnymi porównaniami: „Lady Gaga zatrudniła Freuda do realizacji teledysku według scenariusza Beverly Hills” (miesięcznik „Kino”), „sennik złożony z wyjałowionych snów” („Dwutygodnik”), „oślepiająca fasada, za którą niewiele się kryje. Tylko dym i lustra” (Filmweb), już nie mówiąc o serii „kolorowych wydmuszek”. Co ciekawe i w gruncie rzeczy zabawne: krytyczne recenzje „Neon Demon” – w swoistym wyścigu barokowych metafor – znamionuje ta sama pustka, o jaką oskarża się film. Owszem, jest efektownie, ale niestety bez treści.

Nie ma w tym marudzeniu najmniejszej próby zrozumienia języka reżysera, rzetelnego wrzucenia go w konteksty, choćby wynurzające się z jego własnej, bogatej, na wskroś indywidualnej twórczości.

Sposób, w jaki opowiada Refn, bagatelizuje się wręcz z uporem maniaka – bogactwo obrazów sprowadza się do cynicznego parsknięcia, „a cóż to za sztuka konstruować fajne obrazy?”. A to właśnie przecież sztuka, więcej – istota sztuki, usankcjonowana zanim jeszcze świat wynalazł kino. Refn z imponującą umiejętnością komponowania kadrów wyrasta do rangi ultranowoczesnego impresjonisty. Wiadomo, taka strategia – odrzucająca nasze przyzwyczajenia, w tym tradycyjny storytelling – nie jest dla wszystkich.

Dziwi mnie chełpliwość krytyków, którzy tak łatwo i bezrefleksyjnie stawiają znak równości między „nie podoba mi się”, „nie w moim stylu”, a „to jest zwczajnie kiepskie”. Ławo w ten sposób napędzić falę hejtu, wznieść się na niej i zaistnieć. Zaistnienie poprzez pretensje, agresję, a nie poprzez rozmowę i próbę zrozumienia to współczesny i, w moim odczuciu, nieuczciwy sposób na uprawianie krytyki.

„Jestem z przyszłości” – mówi Refn w wywiadach. Zdanie cytowane tu i ówdzie przez krytyków zawsze z wyraźną kpiną, trafia w punkt mimo wybrzmiewającego w nim narcyzmu. Refn nie wypowiada go w próżni, doskonale je uzasadnia. „Sztuka ma wywoływać efekt. Szok. Działać na mózg, zmysły, wszystko. Nieważne, czy jest dobra czy zła”. Na zarzut, że opakowanie jest u niego ważniejsze niż emocje odpowiada: „Myśli pan jak tradycjonalista. Widocznie niektórzy widzowie wciąż potrzebują kina, które powie im, co mają czuć. Niektórzy potrzebują też kina, które wyjaśni, co jest dobre, co złe i w jaki sposób powinni myśleć po seansie.” Pretensjonalne? Aroganckie? Owszem! Ale przynajmniej oryginalne. 

Czytaj też:   „Pewnego razu… w Hollywood”, czyli ghost story

Mnie bardzo się podoba, że Refn ma przyzwyczajenia widza gdzieś, nie przymila się, nie schlebia. Dla rzeszy odbiorców to za dużo – zamiast szoku i zachwytu wywołuje śmiech. Śmiech ten jednak źródło ma w ograniczeniach odbiorcy, a nie w ograniczeniach reżysera. Tak niegdyś przecież było z Lynchem podumowywanym na festiwalach salwami śmiechu i falą gwizdów. Refn tymczasem, podobnie jak Lynch, tworzy sztukę pełną gębą. Swoją własną, dzięki temu odjechaną, fantastyczną, orgazmiczną. Lubię żyć w takiej przyszłości.

2. 

Żenada, pustka i fajerwerki. Jedni z filmu wychodzą, inni – im bliżej finału – reagują teatralnym śmiechem. Rozglądam się po sali, trochę się złoszczę, ale niezbyt długo. Cóż to za przyjemność hejtować, jeśli można się świetnie bawić.

Ta pustka, ów „przerost formy nad treścią”, to najchętniej powielany przez krytyków „Neonowego Demona” zarzut. No i owszem, Refn to przecież mistrz formy. Jego leniwa baśń o ospałych harpiach na szpilkach wygląda doskonale, zdobiona brokatem i lateksem, utopiona w oceanie błyszczyków, rozświetlaczy i czerwonej jak krew szminki. Refn kradnie język znany ze świata mody i bezbłędnie przekłada go na ekran – fetyszyzuje, podkręca, bawi się, na zimno rzeźbi świat doskonałości. Że jest pięknie, nikt chyba nie zaprzeczy. Ale czy jest treściwie?

Kino Refna nie jest „wydmuszką”. W przeciwieństwie do wielu filmowych „wydmuszek” kadry w „Neonowym Demonie” nie są puste, nie prężą się bez uzasadnienia. Przeciwnie – każdy z nich to małe dziełko, które doskonale poddaje się interpretacji. Kadry do nas mówią w ten sam sposób, w jaki mówi sztuka fotografii czy malarstwo. W połączeniu z elektryzującym bitem i w popkulturowej otoczce składają się na hipnotyzującą i bardzo trafną historię o narcyzmie i przemocy. To prosta historia, ale jej prostota jest w pełni uzasadniona. Oto bowiem mamy do czynienia z baśnią dla dorosłych, gdzie utkana złotą niteczką ornamentyka mówi sama za siebie, nie potrzebuje do tego ani fabularnych labiryntów, ani intelektualnych dialogów. To bajka, choć bez morału. Moralizowania udaje się uniknąć choćby dzięki zabawnej, uporczywej (auto)ironii oraz pochwale narcyzmu, tutaj skupionej w postaci głównej bohaterki.

Czytaj też:   Filmweb, czyli sztuka pisania żenujących newsów

„Neon Demon” opowiada o glamourze. Nie znam drugiego filmu, który poprzez swoje dekoracje tak trafnie definiowałby ten termin, bądź co bądź – trudny do zdefiniowania. To glamourowy horror – o pięknie i o ciele. Jest to jednak inne ciało, niż zwykliśmy oglądać w filmach o urodziwych kobietach. Refnowi udaje się ująć na ekranie niezwykły paradoks: jego modelki są równie atrakcyjne, co odpychające. Piękno obdarte w jego obrazach ze swojej naturalności, bezdusznie wyrzeźbione skalpelem, staje się zbyt chłodne i puste, zbyt chirurgiczne, by mogło nas zachwycić. Modelki mimo niepodważalnej urody wywołują dziwny dyskomfort. To nie kobiety, a manekiny, a nawet więcej – potwory bez duszy.

Fiksację na punkcie ciała świetnie wyraża scena nekrofilskiego zbliżenia. Zimny trup podnieca tak jak modelka z okładki. Ciało to obsesja, a namiętność to przemoc i śmierć. Erotyzm obok śmierci, zbrodnia jako szczyt erotycznego podniecenia. Refn doskonale przekłada tę ideę na język popkultury. Łącząc piękno ze śmiercią, w tym z aktem kanibalizmu, składa w całość pewien mit.

Horror Refna działa inaczej niż nas przyzwyczajono. Strach zamiast wyskakiwać zza rogu, cierpliwie sunie w naszą stronę. Każe na siebie czekać. Abstrakcja wymieszana z upiorną komedią, a podana w formie makabrycznego teledysku, w dodatku kierowanego logiką snu, nie jest i nie może być łatwa w odbiorze. Kto da się porwać, zauważy jak koszmar narasta – błyszczy coraz silniej, niczym skalpel w słońcu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *