Komedia romantyczna to gatunek uciążliwy. Im więcej w danym filmie lukru, tym bardziej chce się… no wiadomo, czego się chce. I mnie ciężko strawić współczesne filmy romantyczne z komediowym zacięciem, choć muszę się przyznać – romantyczką jestem, odkąd pamiętam.

Lubię, jak się całują na ekranie i patrzą sobie w oczy, i docierają się, choć dotrzeć nie mogą. Jak typowa, pospolita, nieciekawa dziewczyna obejrzałam „Dirty Danicing” co najmniej kilka razy, myśl o romansie z „Top Guna” do dziś przyprawia mnie o dreszcze, z sentymentem też wspominam miłosne i niejednokrotnie absurdalne perypetie bohaterów „Jeziora marzeń”. A jednak nawet mój romantyzm ma swoje granice.

W poszukiwaniu dobrej komedii romantycznej

Parę miesięcy temu, planując jeden z samotnych seansów filmowych, próbowałam odszukać w internecie tytuły DOBRYCH komedii romantycznych. Co rusz napotykałam na wzmianki o trzech filmach: „Kocha, lubi, szanuje”, „500 dni miłości” i „Holiday”. Zaczęłam od tego ostatniego ze względu na Kate Winslet, na którą tak bardzo lubię patrzeć. Szybko się zirytowałam i wyłączyłam film mniej więcej w połowie. Im dalej brnęłam w mój filmowy maraton, tym było gorzej. „500 dni miłości” przerwałam po 20 minutach, „Kocha, lubi, szanuje” gdzieś po połowie godziny. I choć dzisiaj po lekturze paru niegłupich recenzji, moje impulsywne zachowanie wydaje się niesłuszne[1], skłoniło mnie ono do powierzchownej refleksji nad samą sobą. Wychodzi na to, że chyba jestem trochę zbyt staromodna. Maraton pełen zawodów zakończyłam więc odświeżonym po stu latach „Kiedy Harry poznał Sally”. Dorzuciłam jeszcze „Tę ostatnią noc” Edwarda Zwicka, a to już w 100% zaspokoiło moją ówczesną potrzebę uniesień. No i na nowo roznieciło namiętność skierowaną ku filmom z lat 80.

Ta ostatnia noc

Bez głupkowania i plastiku

No więc jestem sobie taka niedzisiejsza. To nie jest tak, że radykalnie protestuję przeciwko kłamstwom na ekranie i zbyt ładnym, pozbawionym brudnej prawdy o życiu obrazkom. One czasem działają na moją duszę niczym balsam, niejednokrotnie poprawiają humor i pozwalają się naprawdę zrelaksować. Jeżeli jednak już mnie oszukiwać, to tylko w starym stylu. Zgadzam się na kłamstwa nie nadto przebarwione jaskrawością współczesnej epoki, może i naiwne, ale pełne emocji i trochę bajkowych marzeń. Bardziej zadziała na mnie jedna scena, w której na rowerową przejażdżkę Paul Newman zabierze Katherine Ross ("Raindrops Keep fallin' on My Head") niż całe kino w stylu Katherine Hegl. Dlatego tak bardzo spodobał mi się moim zdaniem rewelacyjny „Poradnik pozytywnego myślenia”. Ten film ma styl i to pięknie staroświecki. Nawiązuje do tych wszystkich miłosnych, uroczych obrazków kinowych, które ja ukochałam sobie najbardziej. Nie ma tu głupkowania, napompowanej sztuczności – są za to spontaniczne, nieokiełznane emocje i porywy serca.

Czytaj też:   Ratownik, czyli żałoba po lecie

Jakiś czas temu zadałam na fanpage’u pytanie o nienachalny, fajny film romantyczny. W komentarzach padło kilka tytułów: „Lewy sercowy” Paula Thomasa Andersona, „Rozmowy z innymi kobietami” z Heleną Bonham Carter, „Wypełnić pustkę” czy dość oryginalnie – „McCabe & Mrs. Miller”. Polecano mi również, bardzo na czasie zresztą, „Przed zachodem słońca” i „Przed wchodem słońca”, których – o dziwo! – jeszcze nie oglądałam. A przecież chciałam dawno. No i nadrobiłam w końcu i rozpłynęłam się prawie. Bo znalazłam tu wszystko, czego oczekiwałam. I romantyzm, ale na szczęście nietotalny, pełen wątpliwości i zawieszenia – a jednak taki, który chciałoby się osobiście doświadczyć. I uczcie na staroświecką nutę, dobry dialog ludzi, którz brzmią jak ludzie. Już nie mogę się doczekać, kiedy obejrzę trzecią część trylogii Linklatera, a mam przeczucie, że znowu poczuję się usatysfakcjonowana. A potem ochoczo wrócę do lat 80 ;) Albo jeszcze lepiej – 70? 

 

 

 

 


[1] Oprócz „Holiday” – to bowiem obiektywnie okropny film.

PS. Tekst pisałam w 2013 roku. Teraz jest rok 2018 – dorzucam adnotację. Po pierwsze: ależ straszną snobką byłam kiedyś, jak dobrze, że dojrzałam. Po drugie: Holiday wcale nie jest takie okropne. 

 

 


2 Replies to “Problem z romantyzmem

    1. No właśnie! Niestety znowu jestem do tyłu i seans jeszcze przede mną :( A kurczę, obejrzę z przyjemnością :)

      Pozdrawiam!

Pozostaw odpowiedź superchrupka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *