Zwykle po interesującej premierze jestem ciekawa opinii i nastrojów. Wpisuję w Googlu tytuł, dodaję „recenzja” i czytam. Czytam jeden tekst, drugi, trzeci, czwarty, następne przeglądam już coraz pobieżniej, taksuję wzrokiem, powoli się męczę i zniechęcam, a wkrótce wszystkie te słowa, wszystkie zdania, sądy zlewają mi się w jedną, niewyraźną gadaninę, gigantyczną wacianą chmurę wypchaną po brzegi jednostajnym bla-bla-bla. Gubię się już, co u kogo czytałam, nie wiem, czym się różnił pierwszy tekst od ostatniego. Gdybym była nauczycielką, a to byłby sprawdzian, musiałabym wystawić szereg jedynek za ściąganie.

Nie rozumiem, dlaczego cała rzesza internautów rwie się do recenzowania, jakby to był obowiązek każdego, kto lubi oglądać dużo filmów.

Dobrze wiem, że fajnie być opiniotwórcą. Móc wyrazić sąd na jakiś temat. Zabawić się w autorytet. Tylko że bycie autorytetem to ciężkie zadanie. Dlatego ja nie recenzuję, jestem tchórzem. Trudno o recenzenta z osobowością. Za to takich jak poniżej, grasuje w sieci cała masa.

Recenzent sobowtór

Najpierw przetrzepie wszystkie recenzje w sieci, a potem dopiero napisze swoją. W niej natomiast zawrze wszystko, co przeczytał u kolegów i koleżanek, tyle że innymi słowami i w innej kolejności. Będzie pozował na znawcę i użyje kilka mądrych terminów.

Recenzent kontestator

Zanim napisze recenzję, również przetrzepie wszystkie możliwe opinie w sieci. W swoim tekście natomiast w sposób zaczepny stanie w opozycji do recenzenckich zachwytów i wielkiej fali entuzjazmu. Będzie przy tym konsekwentnie używał ironii. A na samym końcu wyrazi swoje zdziwienie, że film zdobył nagrodę w Cannes oraz okaże pogardę dla jury, które znowu okazało się głupsze od niego.

Recenzent kronikarz

Opisze, co widział na ekranie, a potem podsumuje, że film był fajny albo niefajny (muzyka była spoko albo nie, aktorzy dobrze albo źle grali, fabuła była ciekawa albo nudna itd.). Tekst koniecznie zacznie od osobistej refleksji (np. opisania okoliczności pogody w dzień premiery) lub swoich oczekiwań względem filmu („nie oczekiwałem zbyt wiele po tym filmie, ale…”, „nigdy nie lubiłem filmów akcji, ale…”).

No i dobra. Piszą sobie, bo lubią. Po co się czepiać, po co się przejmować. „Jak cię to denerwuje, to nie czytaj” – powie ktoś. Dlaczego więc się złoszczę?

Po pierwsze: mam wrażenie, że nudne i tendencyjne recenzje stają się standardem wykraczającym niestety daleko poza blogi. Że to jakaś zaraza zataczająca coraz większe kręgi wraz z nieustannie pogłębiającym się otępieniem odbiorców. „Blogowego stylu” można się dzisiaj bez problemu doszukać na dużych serwisach filmowych, w oficjalnych recenzjach pisanych ponoć przez krytyków, no i niestety w naszej mizernej, rodzimej prasie.

Po drugie: trochę mi wstyd za moich rówieśników i rówieśniczki. I stąd ten gniew. Przykład z podwórka literackiego. Kiedy czytam u pewnej wcale nie młodocianej blogerki z pokaźną liczbą „fanów” i aktywną, wesołą grupką komentujących, że „Wichrowe Wzgórza” to kiepska książka, bo nie ma tam ani jednego pozytywnego charakteru, wszystko jest złe, wstrętne i smutne, to doprawdy nie wiem, jak mam zareagować.

Podobnie jak wtedy, gdy wykształcony miłośnik kina pisze na przekór światu, że nie ceni jakiegoś uznanego filmu lub jakiegoś uznanego reżysera, nie potrafiąc przy tym podać ani jednego szczegółowego argumentu, dlaczego tak jest. Z reguły używa określeń „nudny”, „przeciętny”, „nie powala”, „nic specjalnego”, a za żadnym z tych ogólników nie stawia wyjaśnienia. A przecież tłumaczenie się z własnych wrażeń powinno być na porządku dziennym nie tylko u recenzentów, ale po prostu – ludzi, którzy myślą.

Po trzecie: najbardziej jednak w recenzenckich blogach denerwuje mnie pozowanie na mądrzejszego niż się jest i autorytatywny ton. Bo czemu niby laik miałby się nie wypowiadać na temat danego filmu? Jest odbiorcą kultury, ma ochotę wyrazić swoje zdanie, ma ku temu fajne narzędzie – internet. Niech że to jednak zrobi szczerze, starannie, z pokorą i bez miny sędziego-konesera, ze świadomością własnych luk, bez taplania się we własnym uwielbieniu. Tak będzie rozsądniej i mniej wnerwiająco, przynajmniej dla mnie  – miłośniczki filmów, której zależy.

Chyba nie każdy wie, że oglądnie wielu filmów (nawet kilku dziennie), nikogo z automatu nie uczyni krytykiem filmowym.


2 Replies to “Recenzuję, więc jestem

  1. Haha, pierwszą część komentarza zbędę milczeniem, poprzestając na uśmiechu.
    Za drugą – dziękuję. Mobilizacja jest, ale z wykonaniem zawsze gorzej. No zobaczymy ;)

Skomentuj Patryk Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *