O Robercie Downeyu Jr. piszą teraz prawie wszyscy. Nie bawiąc się w oryginalność – napiszę więc i ja. Pominę jednak jego burzliwy życiorys, historię upadku i odrodzenia, nie będę się również rozwodzić nad nowym „Iron Manem”. Wspomnę natomiast tę downeyową kreację, o której z sentymentem myśli wiele dziewczyn z tego pokolenia, w którym seriale oglądało się jeszcze w TV, czekając co tydzień na kolejny odcinek. 

„Czwarty sezon Ally McBeal” – to kluczowa fraza, na dźwięk której większość fanek serialu zareaguje całą gamą przeróżnych emocji, od głupiutkiego nieco sentymentalizmu po złość, smutek i żal. Moment, w którym na planie pojawił się Robert Downey Jr okazał się przełomowy. „Ally” nieco wcześniej robiła się już męcząca, z odcinka na odcinek coraz bardziej zawiewało nudą, a dziwaczne pomysły scenarzystów nie potrafiły już tak jak kiedyś podtrzymać uwagi widzów. Serial gdzieś tam w okolicach swojej „pięćdziesiątki” odcinków utracił dawną świeżość, trochę zbutwiał i zmarniał. Symbolem tego zmarnienia było uśmiercenie postaci Billy’ego – pierwszego emocjonalnego wybranka bohaterki – postaci fabularnie zupełnie zużytej, choć przecież od początku kluczowej.

Kiedy Larry poznał Ally…

No i potem ten cudowny przełom. Robert Downey Jr zrobił tu ze swoją postacią to, z czego dzisiaj jest już powszechnie znany – wyposażył ją w urok. Poczucie humoru, inteligencja, mieszanka chłopięcości z rozsądkiem, przyjemna aparycja, ale przede wszystkim jakiś smutek, tajemnica – te wszystkie supermoce w ciele jednego faceta sprawiły, że serial ekspresowo powrócił do łask. Bez pobocznych chichów, jaj i żartów charakterystycznych dla stylistyki „Ally McBeal” trudny związek "zablokowanego" Larry’ego i neurotycznej prawniczki po raz pierwszy całkiem na serio wprowadził do tej historii temat miłości. Wcześniejsze perypetie bohaterki były raczej komiczne lub powierzchowne, nie wzbudzały takich emocji. Tutaj natomiast coś się zdarzyło naprawdę. Chemia, która zakręciła się wokół Larry’ego i Ally udzieliła się widzom, którzy z zaangażowaniem kibicowali tej parze i…

Czytaj też:   Krzycząca Panna Młoda. O "Zabawie w pochowanego"

Dobry/zły niedosyt

…I byli skazani na zawód. Temu miłosnemu wątkowi nieustannie towarzyszyło uczucie niepokoju. Postać Larry’ego obarczona trudną historią i skomplikowaną przeszłością. A to było przyczyną jego wycofanej postawy. Tak do końca nie wiedzieliśmy (włącznie z główną bohaterką), czy on kocha, czy nie bardzo, czy pragnie, czy udaje, czy naprawdę jest zaangażowany, czy czmychnie, zanim się obejrzymy. Co prawda, cecha ta wzmacniała jeszcze bardziej jego atrakcyjność, a cały wątek czyniła smaczniejszym i bardziej ekscytującym – podświadomie jednak przygotowywaliśmy się na najgorsze. Gdy zaledwie na moment uśpiono naszą czujność i uwierzyliśmy w happy end w postaci wesela – Ally otrzymała smutny liścik. Sielanka skończyła się bezpowrotnie. Po Larrym pozostał tylko bałwan w lodówce, wspomnienie świątecznej atmosfery i echo rzewnej piosenki.

Długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego historia Ally i Larry’ego musiała potoczyć się w ten sposób. Jak można było nam, wiernym widzom, wyrządzić taką krzywdę? Dopiero parę lat później dowiedziałam się, o co biega. Robert w czasie realizacji serialu ponownie zbłądził – oczywiście w realnym życiu – nie było więc szans na optymistyczny scenariusz.  A może to i dobrze? „Ally McBeal” postawiła w swoich fanach uczucie niedosytu – wątek zakończył się  na etapie przyjemnego zauroczenia i fascynacji, nie pozwalając wejść do gry nużącej rutynie. Dzięki temu do dziś wierci nam dziurę w brzuchu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *