Film, Sexy 80's

Sexy 80’s: Orgazm prawdziwy i orgazm udawany

Amerykańskie kino lat osiemdziesiątych, mimo że było rozkosznie rozpasane, to w seksie charakteryzowało się dużą schematycznością. Z jednej strony mieliśmy więc bezwstydne, podskakujące i jędrne biusty, z drugiej natomiast zachowawczość i obawy, by nie przekroczyć granicy przyzwoitości. Intymne zbliżenia, które pojawiały się wówczas na ekranie, były z reguły skrajnie melodramatyczne, niewiele miały wspólnego z prawdziwym, „żywym” seksem. W tym względzie dominowała zbereźna, nieprzyzwoita Europa, pozostawiając purytańską wyobraźnię Amerykanów w tyle.

Amerykanie mieli problem nie tylko z dewiacjami czy przemocą seksualną. Kłopotliwy był dla nich już zwykły orgazm, szczególnie ten w wydaniu kobiecym, a także… cisza. Sceny seksu przeważnie wypełnia tu romantyczna muzyka, łzawe przytulańce, naturalne dźwięki towarzyszące spółkowaniu dwójki nagich ciał od początku wydawały się dla amerykańskiego kina nazbyt nieprzyzwoite.

Choć istniały również wyjątki. Jednym z nich jest namiętna scena seksu nakręcona na potrzeby „Powrotu do domu” Hala Ashby’ego. Film ten powstał jeszcze w latach siedemdziesiątych (1978), kiedy rewolucja seksualna wchodziła już na ostatnią prostą, by z impetem i w orgastyczny westchnieniach przywitać lata osiemdziesiąte. Historia spodobała się ówczesnej publice, a także Akademii – hojnie uhonorowano ją Oscarami (za scenariusz, pierwszoplanową rolę żeńską dla Jane Fondy oraz pierwszoplanową rolę męską dla Jona Voighta, który okazał się lepszy od Roberta De Niro i jego kreacji w słynnym „Łowcy jeleni”), nie obyło się jednak bez małego skandalu. Scena  zbliżenia dwójki kochanków, sparaliżowanego od pasa w dół weterana wojennego i pięknej lecz zdradzającej męża wolontariuszki, była wyjątkowo odważna – dekadę wcześniej nie miałaby prawa zaistnieć na ekranie.

Niemalże symboliczny wymiar ma orgazm, który przeżywa tu Jane Fonda. Jest wyraźnie zaakcentowany, uwypuklony, z kolei całej scenie tym razem nie towarzyszy muzyka. Oto niegdyś zahukana kobieta, do tej pory w pełni zależna od męża bez fantazji i nigdy wcześniej nie doznająca fizycznej rozkoszy, szczytuje po raz pierwszy w ramionach niepoukładanego i nie w pełni sprawnego, za to posiadającego gorące serce furiata. Fonda w ekstazie staje się uosobieniem galopujących zmian w obyczajowości, a także nowym, odważnym spojrzeniem na kobiecą seksualność w kinie.

Spacerem po parku, idylliczną, choć niestety dość sztuczną wizją będą w porównaniu ze słynną sceną z „Powrotu do domu” orgazmy bohaterek w melodramatach, komediach romantycznych i obyczajówkach głównonurtowego kina lat 80. Dorobi się ono za to najwspanialszego orgazmu udawanego, jaki historia filmu w ogóle widziała. Słynna komedia romantyczna Roba Reinera pt. „Kiedy Harry poznał Sally”, mimo że familijna i grzeczna, wykorzysta orgastyczny potencjał Meg Ryan i każe jej w fast foodzie, wśród zadziwionych, osłupiałych gości zademonstrować, w jaki sposób kobieta potrafi udawać rozkosz. A zwykle robi to bezbłędnie:

 


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *