Tętent koni. Galopująca kawalkada przetacza się przez krajobraz raz po raz, to w jedną, to w drugą stronę. Na ciężkich wierzchowcach ciężcy rycerze. Na ciężkich rycerzach ciężkie zbroje. Kopyta uderzają w ziemię z ogromną siłą, rozbryzgując błoto na wszystkie strony. Taka właśnie jest męskość w filmie Ridleya Scotta – hałaśliwa i gwałtowna, toporna i zakuta w żelazo. Doskonale to widać (i słychać) w finałowym pojedynku. Brzęk metalu uderza po uszach, zgrzytają stalowe kolczugi. Ciała walczących spadają z ofiarnych koni z hukiem, by zaraz naprzeć na siebie w akompaniamencie wiwatów rozjuszonej widowni.

Pojawiają się zarzuty, że choć „Ostatni pojedynek” (2021) opowiada o krzywdzie kobiety, kobieca perspektywa nie jest tu priorytetem. Film nakręcił facet i chodzi mu o to, co zwykle – o efektowne starcie dwóch rozjuszonych wojaków. Nie zgadzam się z tym i upominam o niuanse. Owszem, starcie jest efektowne, ale też siermiężne, brutalne i, co najważniejsze, zaprawione absurdem. Cechy te, punktowane przez cały film jako atrybuty męskiego działania, w sposób uzasadniony eskalują w finale. Co więcej, obaj przeciwnicy nie są przez Scotta romantyzowani. Naprzeciw siebie stają jako mężczyźni skompromitowani, śmieszni, odarci z rycerskiego etosu. Reżyser nie pierwszy raz kpi z honoru i męskiej porywczości; wąsaty Harvey Keitel z jego debiutanckiego „Pojedynku” był w podobny sposób krewki i mały. I wreszcie: tym, co najbardziej liczy się w finale, nie jest napięcie wynikające z patrzenia, jak dwóch kolesi skacze sobie do gardeł, ale stawka, która to napięcie podbija – życie kobiety stojącej ponad trybunami, uwikłanej w teatr męskiej urazy i ważącej swoje szanse na przetrwanie z każdym zamachnięciem miecza.

„Kolesie” to zresztą słowo, które pasuje do tego filmu, średniowiecznego w dekoracjach, z ducha jednak współczesnego i nawet zabawnego w tym niby utajonym, czasowym przemieszaniu. Scenariusz napisało dwóch kumpli, Ben Affleck i Matt Damon (wespół z Nicole Holofcener, do czego jeszcze wrócę) i kumpelski vibe towarzyszy tu wielu scenom – gdy bohaterowie konkurują na spojrzenia i siarczyste kwestie (Damon i Driver), zawierają przymierza i oddają się libacjom (Driver i Affleck… w roli życia). Boys club ma jednak w „Ostatnim pojedynku” nieprzyjemny, kwaśny zapaszek. Panowie są albo zepsuci albo prostaccy. Ich braterstwo jest tylko pozorne – opowieść o ocaleniu towarzysza broni i symbolicznym długu przemienia się w epicką rozprawę o kompleksach, władzy i głupiej dumie.

Czytaj też:   Kowboje muszą odejść. Psie pazury

A gdzie w tym wszystkim miejsce kobiety? No jak to gdzie – w ciemnej komnacie. Kobieta to przedmiot, posag i łono, towar w transakcji między ojcem a zięciem, sprawa honoru, czuły punkt w samczej utarczce, zdobycz, słabość, uważne ucho i obmywająca mężowskie stopy dłoń. Najwięcej wolności ma w tych okresach, w których „jej rycerz” wyjeżdża na wojaczkę, niestety nie jest wtedy bezpieczna. Jodie Comer przekonująco wypada w roli córki lorda z potencjałem tłumionym przez konwenanse.

Podczas seansu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Nicole Holofcener, znana z inteligentnego poczucia humoru, nie tyle wzbogaciła scenariusz o kobiecą perspektywę, co fantastycznie go strollowała. W filmie otrzymujemy trzy wersje tych samych wydarzeń: męża, gwałciciela i skrzywdzonej żony. Różnice między nimi bywają porażające (jak w scenie przemocy), ale też dowcipne, gdy pracują na niemal radosne wykpienie ścierających się ze sobą mężczyzn (wadą jest wzmożona deklaratywność dialogów w ostatnim akcie). Osobną kwestią pozostaje pytanie, czy to właściwe, że film o gwałcie stanowi przednią rozrywkę. Czy powinniśmy się na nim śmiać? Myślę, że tak, skoro źródłem śmiechu jest kpina, nierzadko tarcza w odpieraniu przemocy.

Na koniec słówko o Adamie Driverze. Czytam gdzieniegdzie, że to on wypada w tym filmie najciekawiej, a że gra gwałciciela, można uczynić z tego zarzut. Czytam i wyrywam się do polemiki. Driver nie jest ciekawszy od Damona, gburowatego prymitywa, śmiesznie fantazjującego o własnej szlachetności. Nie jest też ciekawszy od Comer, najjaśniej błyszczącej w tym widowisku, lecz żałośnie uwięzionej w nieciekawych zajęciach, subtelnej z przydziału. Driver nie jest od tej dwójki ciekawszy, ale na swój sposób atrakcyjniejszy. Jest to jednak atrakcyjność szczególna (a twórcy szarżują nią bardzo świadomie) – chłopacka, zbudowana na pewności siebie i łobuzerstwie. Jego bohater jest zamaszysty, atletyczny, inteligentny. To ubogi giermek, który dzięki urokowi osobistemu i chuligańskiej naturze zdobył przywileje. Fakt, że spychamy na margines jego winę, by romantyzować charyzmę, nie jest słabością filmu, ale widzowskich przyzwyczajeń i naszej kultury w ogóle – ślepo rozkochanej w seksownych łajdakach.

Czytaj też:   Kowboje muszą odejść. Psie pazury


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *