W czasach, w których kończyłam liceum, trochę siarą byłoby nie pójść na studia. Każdy szanujący się licealista, nieważne czy dobry w nauce, średni czy nawet kiepski, zamierzał gdzieś tam złożyć papiery. Dziennie, zaocznie, prywatnie, państwowo – to już mniej ważne. Najistotniejszy był dyplom, bez którego – wydawało się wtedy – podjęcie dobrej pracy graniczyło z cudem. Dziś z daleka obserwuję skrajnie inną tendencję. Coraz częściej docierają do mnie głosy (przeważnie gdzieś z internetowej czeluści), że na studia wcale nie opłaca się iść. Że i tak cię tam niczego nie nauczą, a jeżeli już to samych bezużytecznych rzeczy, że to strata czasu – zero praktyki, bez gwarancji dobrego zatrudnienia po obronie, totalny hamulec w rozwoju. Absolwent szczególnie studiów humanistycznych to dzisiaj skrzywdzony nieudacznik na rynku pracy.

Przeskakując po dwa schody

Po co więc studiować, młody człowieku? Olej to! Nie próbuj nawet. Szkoda twojego cennego życia na użeranie się z dinozaurami i skostniałym systemem. Studia to tylko dobra zabawa – a przecież ty jesteś ambitny. Ty pragniesz czegoś więcej. Najlepiej zatem tuż po maturze załap się na jakieś staże, praktyki, chlup, na głęboką wodę, pierwsza posada, druga posada, trzecia posada, już migiem, biegnij po schodach do szczytów kariery i grubej kasy. Kup sobie bez wsparcia kredytu trzypokojowe mieszkanie jeszcze przed trzydziestką i oczywiście wypaśny samochód. Tylko tak zostaniesz królem życia.

Zaczynam się trochę bać tego szaleństwa. Mam wrażenie, że dla większości młodych osób wiedza sama w sobie stała się zupełnie zbędnym towarem. Dzisiaj już tak niewielu chodzi na studia, by się po prostu rozwinąć w jakimś dobranym zgodnie z zainteresowaniami  kierunku. Rozwinąć umysłowo. Tak najzwyczajniej posiąśćwiedzę z jakiejś dziedziny – nie tylko z uwagi na przyszłą karierę, ale także dla samych siebie, dla przyjemności bycia mądrym człowiekiem. Dla radości wynikającej z obcowania z ludźmi nauki, profesorami w rolach dobrych przewodników, zasiedzenia się w źródłach, książkach, bibliotekach, dla możliwości zadawania trudnych pytań i ogromnej satysfakcji przy szukaniu na nie odpowiedzi. Dla rozwojowych dyskusji, badań, intelektualnych wyzwań. No komu na tym jeszcze zależy?

Podryw na wiedzę

Dzisiaj tylko ta wiedza jest istotna, która bezpośrednio przekłada się na kasę. Po co więc studiować, skoro ten poziom doświadczenia można zyskać już poprzez praktykę zawodową, ewentualnie modne kursy i samorozwój? A może po to, by zyskać na ogólnym polocie? Z pomocą niewymuszonej erudycji umiejętniej zarywać fajne laski, rozumieć więcej, wiedzieć na czym stoi świat? Czuć się samemu ze sobą bardziej komfortowo? Intelekt sprzyja człowiekowi tak trochę po cichaczu. Wnosi swoje trzy grosze w każdą dziedzinę życia, mimo że trudno jednoznacznie nakreślić jego zasługi.

Studia jako jedyna słuszna droga?

O nie, nie uważam wcale, że studia są jedyną słuszną drogą w życiu każdego człowieka. Nawet dobrze jeżeli ten, komu studiować nie chce się wcale lub na studia zupełnie się nie nadaje, nie stara się o tytuł magistra. To co mnie drażni, to tylko pogląd, że studia nic nie dają. Bo jest wręcz przeciwnie. Warunek, który należy spełnić, by się to udało – to umiejętność studiowania. Dobierania zajęć (i profesorów) z głową, rozwijania w obrębie studiów swoich pasji, nauka z ciekawością i z przyjemnością, nauka odpowiednio i rozumnie selektywna – dla poszanowania własnego czasu. Istotny jest poziom zaangażowania, dobór uczelni. Dobrze jest też próbować robić coś poza studiowaniem. Dzisiejszy świat daje już więcej opcji niż praca na etacie – załapanie się do ciekawych projektów w niepełnym wymiarze godzin nie stanowi już takiego problemu jak kiedyś. 

Intelektualna wersja Penelope

Czy nie przeceniam studiów? Czy można bez ich pomocy rozwinąć się intelektualnie? No oczywiście, że można – są tacy, którzy potrafią. Podziwiam ich, bo są naprawdę świetni i zdolni do rządzenia światem. Wydaje mi się jednak, że większość młodziaków, ta szara i zwyczajna, wcale niewybitna, gdyby porzuciła studiowanie, zaniechałaby również wszelkich głębszych starań o rozwój . Pokusa lenistwa umysłowego okazałaby się zbyt silna. Ba, większość  przecież leni się umysłowo już na studiach –„ucząc się” jedynie dla tego papierka, bez którego we własnym mniemaniu trochę siara istnieć. 

Kariera z pustą głową

Po co jednak być mądrym, skoro karierę można robić bez mądrości? Wcześniej nad tym się nie zastanawiałam. Zawsze wydawało mi się, że po prostu warto rozwijać umysł – poszerzać wiedzę z dziedzin nawet zupełnie niepraktycznych. Potem zaczęłam przesiadywać w internecie. Wkręciłam się też w blogi. A tu zaczęło mnie okropnie denerwować to wszechogarniające pustosłowie, o którym Wam już kiedyś pisałam. Co ciekawe, wiele pustych słów płynie spod palców właśnie młodych i wykształconych. Straszliwie dużo zdań infantylnych, frazesowych stwierdzeń. Mniemam, że gdyby ci wszyscy ludzie sukcesu, przecież często eksperci w swoich dziedzinach, z dobrymi posadami lub świetnie zarabiający jako freelancerzy, studiowali kierunki nawet niepraktyczne, tylko bardziej z głową, pasją i naprawdę uczciwie, mieliby lepiej i więcej do powiedzenia. W każdej dziedzinie. 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *