Jestem jedną z tych osób, które informację o powrocie Richarda Stanleya z niebytu przyjęły z entuzjazmem, a nawet ekscytacją. I nie była to reakcja na wyrost. „Color Out of Space” (2019) promieniuje tym, co dla twórczości Stanleya charakterystyczne – nieprzeciętną wyobraźnią, szaleństwem i odwagą ekscentryka, radością twórczą. Wszystko to istnieje zarówno na powierzchni, w obłędnych, czasem makabrycznych obrazach, jak i głębiej – w dialogu, którą twórca podejmuje z hołubionym przez siebie Lovecraftem.

Obecny w pisarstwie Lovecrafta „strach przed nieznanym” Stanley przystosowuje do lęków aktualnych (niedookreślone widmo katastrofy ekologicznej), jednocześnie dyskutując z mizantropią pisarza – dociekliwiej niż on przygląda się swoim bohaterom (i co ważne – bohaterkom), drażni się z tradycyjnym wizerunkiem patriarchy na włościach, tworzy żywy obraz rodziny, żartuje i nie unika seksualnych podtekstów. Jego wizja nie układa się jednak w tzw. „komentarz społeczny”, dość przeceniany w kontekście współczesnego horroru. Horror u Stanleya jest bardziej intuicyjny niż dopowiedziany – polega na chwytaniu nieuchwytnego, odtwarzania realnych, ale podświadomych lęków. I w tym być może najbliższy jest swojemu pierwowzorowi oraz horrorom z lat 80. i 90.

Horror u Stanleya to również szaleństwo. Każda z postaci pod wpływem koloru z przestworzy wariuje na własny sposób, widzi i czuje coś przyporządkowanego wyłącznie sobie. W obłęd najmocniej popada bohater grany przez Cage’a, ale element szaleństwa jest w nim obecny jeszcze przed uderzeniem meteorytu. Z przejaskrawionej i nachalnej obecności męża i ojca, a także wszystkiego, co mówi, wyziera paleta kompleksów i frustracji, spotęgowanych przez niezwykłe wydarzenie do karykatury skarlałej męskości.

W jednej ze scen Cage włącza film z Marlonem Brando i mamrocze w malignie, że zna go na pamięć. To zabawny i znaczący moment zarówno w interpretacji szaleństwa bohatera (i metody aktorskiej Cage’a), jak i w kontekście kariery reżysera, złamanej m.in. na skutek konfliktu z manierycznym gwiazdorem "Tramwaju zwanego pożądaniem" na planie niesławnej „Wyspy doktora Moreau”. Wychodzi na to, że Cage to w tym filmie to nowe wcielenie Brando. 

Czytaj też:   Ratownik, czyli żałoba po lecie


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *