Niespełna miesiąc temu zdarzyło mi się dyskutować na temat krytyków (literackich, filmowych czy muzycznych – obojętnie) oraz tego, jak są i jak być powinni postrzegani przez zwykłych śmiertelników. Co prawda dyskusja ta była średnio sensowna, bo zakropiona nieco alkoholem i zakłócana wokalem Freddiego Mercury’ego, parę jednak zdań z niej wyciągniętych utkwiło mi w pamięci.

Wielogłos ostatecznie rozbił się na dwa. Jeden głos grzmiał nad słusznością istnienia fachu krytyka i obowiązkiem ufania krytykom dobrym. Drugi głos przeczył temu, dość skrajnie naciskając, że krytykom ufać nie należy, a własnym gustom. Gdzieś pośród tych głosów pojawił się również głos rozsądku, utrzymujący, że nie ma tak łatwo – racja leży po jednej, po drugiej i po jeszcze trzeciej stronie, a i tak wszystko zależy od krytyka, widza (czytelnika/słuchacza) kontekstu i w ogóle innych, pomniejszych czynników. Taki tam, pijacki chaos. Dzisiaj już z zupełnie trzeźwym umysłem nie chcę rozstrzygać, co słuszne jest, a co nie – podzielę się za to moim osobistym stanowiskiem. Dla mnie bowiem krytyk w odbiorze kultury jest bardzo istotnym ogniwem.

Ulubiony krytyk – profil

Dobrze jest mieć swoich ulubionych krytyków. Nie tylko rzetelnych, godnych zaufania, ale takich, którzy mają podobne do nas gusta, bliźniacze wyczucie i smak. Bo wiadomo – analiza faktycznej wartości filmu, to co innego niż refleksja na temat naszych osobistych odczuć; próba docenienia obiektywnych walorów produkcji nie jest tożsama z jej sobie ulubieniem. Dobry krytyk potrafi to rozróżnić. Natomiast nierzetelnym i bezrefleksyjnym krytykom (szczególnie rosnącym w siłę domorosło-blogowym recenzentom) te wartości bezustannie się mieszają. Ulubiony krytyk to taki, z którym można poczuć swoisty rodzaj więzi. Taki, który swoimi zdaniami trafia w sedno naszego zrozumienia, jednocześnie będąc w danej dziedzinie od nas mądrzejszym. Wtedy staje się przyjaznym przewodnikiem, któremu z recenzji na recenzję coraz bardziej zaczynamy ufać. I wreszcie przychodzi ten dzień, w którym w ciemno oglądamy filmy lub czytamy książki, które polecił. Oczywiście nie jesteśmy ubezwłasnowolnieni. I w tym przyjaznym układzie czasami dochodzi do zgrzytów. Gdy nasz ulubiony krytyk doceni coś, co nam się zupełnie nie podobało, zaczynamy się denerwować.  Nasze nerwy zawsze jednak łagodzą sensowne argumenty. Mamy okazję dowiedzieć się wtedy, że nie każdy, kto ma inne od nas zdanie, jest głupi.

Ulubiony krytyk przydaje się zarówno przed seansem, jak i po seansie. Czytanie recenzji, w której odnajdujemy ubrane w celne słowa, ładnie nazwane i sprawnie nakreślone konteksty, opinie i analizy zgodne z tym, na co i my zwróciliśmy uwagę, to czysta przyjemność. „Właśnie to miałem na myśli!” – przeżywamy potem, coraz bardziej dostrzegając w krytyku bratnią duszę. Dodatkowo krytyk potrafi otworzyć widzowi oczy, wskazując na rzeczy i elementy filmowej konstrukcji, które gdzieś po drodze przegapiliśmy. Jego opinia ożywia wtedy nasz umysł, uczy i przeciąga przyjemność seansu do kolejnych chwil rozmyślania. Dobry krytyk robi jeszcze coś innego. Nie tylko rozwiązuje przed nami zagadkę filmu, ale paradoksalnie czyni z niego jeszcze większą tajemnicę. Podrzuca bowiem tropy do sprawdzenia, zadaje pytania, nie udzielając odpowiedzi, włącza nas do wnikliwego dyskursu.

Jeden dobry krytyk to jednak mało. Dobrze jest mieć ich więcej pod ręką. Ciekawe zjawisko występuje wtedy, gdy dwójka ulubionych krytyków się ze sobą nie zgadza, a my możemy porównać różnicę ich zdań i dołożyć także swoje stanowisko. To sprawia, że odbieramy dzieło filmowe na o wiele szerszej płaszczyźnie, stajemy się świadomymi odbiorcami. A dobrze jest być przecież świadomym odbiorcą.

Krytyka jako wielka rozmowa

Ktoś może pomyśleć, że cała moja tu pochwalna mowa w stronę sprawnej krytyki, być może brzmi głupawo, stawiając mnie na pozycji niemyślącej, bezrefleksyjnej istoty, która nie potrafi samodzielnie wyrabiać sobie opinii. A to bzdura jest. Bo to właśnie dlatego, że myślę, chcę czytać dobre recenzje. Nie satysfakcjonują mnie płytkie opinie podyktowane wyłącznie własnym gustem, a podszywające się pod krytyczną robotę. Nie interesują mnie odarte z kontekstów teksty, stawiające wyroki typu: „dobry”, „zły”, „nudny” i to by było na tyle. Wkurzają mnie pseudorecenzje osób, które o kinie nie mają bladego pojęcia, mimo że oglądają masę filmów. Szukam za to tekstów najzwyczajniej w świecie mądrych, świadomych, od pasjonatów, od ludzi, którzy nie udają, że wiedzą, o czym piszą.

Dobra krytyka, choć przylepiona do dzieła, którym się zajmuje, wychodzi daleko poza jego ramy. Jest interesująca sama w sobie. Nie jest wyłącznie opinią, reklamą, analizą. Jest częścią ogromnej rozmowy o sztuce, a nawet o życiu. A uprawiać ją, to również prawdziwa sztuka.

Jak krytyka schodzi na psy

To wszystko, co napisałam powyżej, sprawia, że jestem dość przygnębiona, patrząc na stan faktyczny dzisiejszej krytyki filmowo-książkowej. Ile to razy, szukając informacji o jakiejś powieści, natykałam się w sieci na recenzje na przykład publikowane w „Polityce” i nie mogłam uwierzyć, że „poważna” gazeta może mieć tak zdawkowe, olewackie podejście do kultury. Smutno mi, że wchodząc do saloniku prasowego, nie ma szans bym wyszła z niego z czasopismami omawiającymi dogłębnie jakąś premierę jako naprawdę istotne wydarzenie. Wszystko po macoszemu. Wszystko na odczep się. Pocieszenia należy szukać w internecie, a i tak trzeba się tu przedrzeć przez stosy odpadów. Fajnie by było, gdyby krytyk we współczesnym odbiorze kultury w polskim wydaniu, był tak istotny, za jakiego ja go uważam. Nie trzeba by się wtedy kłócić z innymi przy piwie, że warto czytać recenzje.


5 Replies to “Szanuj krytyka dobrego, jak siebie samego

  1. Prześwietny tekst! Całkowicie się z Tobą zgadzam. Gdzieś po drodze przyszedł moment, w którym krytyka z wyjątkowej, ciekawej umiejętności przekształciła się z bełkot i kretyńskie, uproszczone komentarze. Do tego przestała być sztuką, ale wraz z blogami „trafiła pod strzechy”, zupełnie niekontrolowana. Tym samym stało się tak, że każdy może być krytykiem, nawet bez wiedzy, bez znajomości kontekstów, ani innych kulturowych odniesień (ani zainteresowań w tym kierunku).

    Film jest wyłącznie filmem, jest zły albo dobry (i tyle), opowiada konkretną historię i nie ma podtekstów ani ukrytych znaczeń. Nie wspomnę o książkach, bo to jest jakaś zaraza teraz – powielane wciąż od nowa te same teksty i vlogi w stylu „to jest dobra książka, bo lubię tę książkę” bla bla bla… Tragedia i chaos.

    Gdzieś po drodze zagubiła się umiejętność znajdowania i rozszyfrowania metafor, nie wspominając o symbolach, czy analogiach do klasyki, czy zabawy konwencją. Czytam teksty np. w Newsweeku o świetnych filmach, w których roi się od poukrywanych (widocznie za głęboko dla wynajętych „krytyków”) motywów, a ktoś nie zauważa nic, upraszcza i bredzi na dwie strony. Nikt tego nie sprawdza, nikt nie analizuje. Dramat.

    Z literaturą to po prostu szkoda pisać. Sama wiesz jak jest – mało kogo interesuje coś ponad darmowy egzemplarz YA, a i tak na końcu wychodzą pseudo-recenzje, wtórne i ekstremalnie uproszczone.

    Rozumiem Twoje bolączki i sama często ubolewam nad stanem krytyki, ale widocznie tak wygląda cywilizacyjny postęp :/

    Pozdrawiam :)

    O.

    1. Wiedziałam, że mnie zrozumiesz! ;)
      Mnie ten temat akurat bardzo gnębi, bo jakoś tak wyjątkowo ulubiłam sobie gatunek recenzji. A nawet nie tylko recenzji – esejów też, o książkach, filmach, twórcach. I już dobra, macham ręką na te blogi. Niech sobie piszą, co mi tam. Coraz bardziej się uodparniam na internetową głupotę (dojrzewam?) Ale wkurza mnie brak fajnej prasy, okropna posucha w tym temacie. I dziwię się ludziom, nawet w dobie internetu, że nie chcą kupować gazet. Że fajnemu tytułowi trudno byłoby osiągnąć wystarczający nakład, by przetrwać. Dziwię się też tym, którzy sterują popularnymi tygodnikami, że nie przykładają większej wagi do działów z kulturą. Nie chcę żyć w świecie dla idiotów :( Chcę soczystych tekstów. Buu.

      Pozdrawiam serdecznie,
      D. :)

      1. Ja się obawiam, że musimy się do tego przyzwyczaić, ale nie przystosować :/ Promowane jest średniactwo i zaniżanie poziomu. Dosłownie wszędzie. W TV lecą wyłącznie kretyńskie reklamy (próba obejrzenia filmu bez nagrywarki to zmarnowanie 1,5 godziny na leki na wzwód i wzdęcia, albo 30 reklam z Adamczykiem i jego kredyciki), do programów zapraszane są przytępi „specjaliści”, którzy nie mają pojęcia o temacie dyskusji, a porządnych programów poświęconych kulturze jest coraz mniej. Ludziom nie zależy. Nie chce się. Nie mają ambicji.

        Tak samo jest z promowaniem kultury w czasopismach albo portalach kulturalnych. Wiadomo, że nic nie utrzyma się jeśli nie będzie traktować o popularnych filmach czy (ewentualnie) książkach. Kogo obchodzi ambitne kino, dobra literatura, czy pisanie dobrych esejów, jeśli to się z w ogóle nie zwraca, a bardziej skomplikowany tekst jest niezrozumiały? Co więcej przynosi straty, a do tego, poprzez swoją elitarność, wyklucza zwyklactwo, które tego nie rozumie i nie chce zrozumieć? (ale wciąż i tak czuje się wykluczone)… Nie jest fajnie :(

        Najważniejsze to nie dać się zwariować i nie dać się ściągnąć w dół. Może kiedyś przyjdzie moda na „zawyżanie” poziomu, tak dla odmiany :)

        Pozdrawiam,
        O.

        1. Ja niestety wieszczę, że nie przyjdzie ;)
          I znowu spotykamy się w komentarzach i marudzimy na te tematy. Wcześniej złościłyśmy się na edukację, na pustosłowie, teraz na krytykę. Wychodzimy na strasznie zrzędliwe. Ale co zrobić? Trudno nie marudzić, prawda? Szczególnie, kiedy w brzuchu burczy, bo głód dobrego stuffu coraz dokuczliwiej daje o sobie znać. Fajnie jest za to odszukiwać w sieci konkretne mądre i inspirujące rzeczy. Satysfakcja z takich odkryć jest większa :)

          Przy okazji:
          Jak ja nie znoszę ADAMCZYKA! Kto w ogóle wymyślił te reklamy? :D Kto go zaangażował? O, mamo.

  2. Starość Moja Droga. To starość jest i oczytanie :) A także potrzeba porządnej, angażującej konwersacji i wymagających myślenia tekstów :) Będziemy tak zrzędzić do końca świata :D

    Nie cierpię Adamczyka fizycznie – nie wiem kto to wymyślił, ale te idiotyczne reklamy są obrazą dla inteligencji i wywołują we mnie reakcje bulwersacji, a nawet agresji :)

Skomentuj Wielki Buk Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *