Pamiętam jak Filmweb reklamował się kiedyś szumnym hasłem „nowa jakość publicystyki”. Przyznaję, że od początku budziło ono we mnie pewne obiekcje – nawet jeśli kwestię „jakości” upchnęłam na margines osobistych opinii o tekstach poszczególnych redaktorów, tak teza o rzeczonej „nowości” pozostawała tajemnicą. Wciąż pozostaje. Bo co w filmwebowej pisaninie nowego? Gdzie te rewolucje?

Pytanie okazuje się jeszcze bardziej uzasadnione, gdy zajrzymy w podwaliny serwisu – do działu newsów. To właśnie tam „nowatorscy publicyści” na przekór hasłu przewodniemu pielęgnują klasyczną, zupełnie nie nową dziennikarską chamówę. Newsy jak newsy. Ktoś zagra kogoś, ktoś inny nie, ktoś coś nakręci albo właśnie skończył kręcić, box office znowu opanowały komiksy. Informacyjna papka ciągnie się przez kolejne strony, wzbudzając umiarkowane zainteresowanie użytkowników i jakoś to leci. Zachowajmy jednak czujność. Od czasu do czasu także w newsach trafi się perła – zgrabna prowokacja, niby niewinna, ale diabelnie skuteczna karma dla trolli, która zwyczajowo obradza setkami komentarzy.

Ostatnio moją uwagę zwrócił news o Kelly Marie Tran, aktorce wietnamskiego pochodzenia, która wcieliła się w nowych „Gwiezdnych wojnach” w postać Rose Tico. Przypomnijmy, że dziewczyna przy okazji premiery „Ostatniego Jedi” ostro oberwała od hejterów, którzy uznali jej obecność w uniwersum jako karygodny akt użycia „poprawności politycznej”. Wyjątkiem nie byli hejterzy filmwebowi. Temat powrócił wraz z kolejną odsłoną cyklu, sprowokowany przez scenarzystów, którzy przesunęli postać aktorki na dalszy plan oraz sugestię jej obrońców, którzy w ramach rekompensaty widzieliby ją jako główną bohaterkę serialu. Filmweb postanowił to skomentować (kwestie rasy, płci i poprawności politycznej generują przecież najwięcej kontrowersji, a co za tym idzie – najwięcej odsłon) i o ile treść newsa została sformułowana w miarę niewinnie, tak nagłówek dobrano już w sposób obrzydliwie cyniczny: „Czy Rose Tico powinna dostać własny serial?”. Zwraca uwagę przede wszystkim słowo „powinna” użyte w pytaniu, które na internetowych hejterów działa jak płachta na byka – to wezwanie, na które należy odpowiedzieć i tylko ktoś skrajnie naiwny (na pewno nie nowatorski publicysta) mógłby założyć, że będzie to w miarę kulturalna odpowiedź.

Czytaj też:   Amerykański ginekolog pod presją

To jedna ze specjalności filmwebu – wyszukiwanie newsów pod nierzadko przesiąknięte rasizmem, seksizmem i niezdrowymi emocjami samosądy użytkowników. Dyskusje pod tego typu „nowinkami” są… wszyscy wiemy jakie są – jałowe i toksyczne. Trollom i kompleksiarzom dają okazję do chorej zabawy/upustu frustracji i złudne poczucie udziału w ważnej społecznie dyskusji, które winduje mniemanie o sobie odrobinę wyżej – przecież mam zdanie, myślę niezależnie, nie daję się urabiać.

Po co więc inicjować festiwal żenady? Wiadomo, pod odsłony, kliknięcia. Najgorzej, że podstawą tych prowokacji nie są tylko fakty, czyli potwierdzone decyzje obsadowe, ale wątłe plotki („Michael B. Jordan jako Superman?”, „Bond 25: Czy to nowa agentka 007?”- na fotce Lashana Lynch, "Czy to jest nowy Magneto?" – na fotce Denzel Washington, "Kolejny Bond będzie mężczyzną"). Jak mają się plotki do „nowej jakości publicystyki”?

Jeszcze jeden przykład. 17 grudnia filmweb publikuje news zatytułowany „Greta Thunberg bohaterką filmu” – hejt w komentarzach jest porażający. Dwa dni później debiutuje nowy odcinek programu filmwebu „Hot Shots”, którego formuła polega na zbieraniu najważniejszych newsów z całego tygodnia. Mimo że prowadząca omawia wiele wydarzeń, w nagłówku ląduje (oczywiście) temat najbardziej hejtogenny, w dodatku sprytnie sformułowany. „Czekacie na film o Grecie Thunberg?” – i już płachta na byka wznosi się na wietrze, ponad 100 komentarzy, nie trzeba zaglądać, by się domyślić, co w nich popisano. Nagłówki „Hot Shots” to zresztą trafny przykład cynicznego dziennikarstwa, gdzie pytania do tłumu, co być „powinno”, a co nie, to ulubiona forma lincz…ekhm, komunikacji z odbiorcami.

Pytanie: czy można mieć o to pretensje? Odsłony to zysk – nic dziwnego, że redaktorzy o nie walczą. Umywanie rąk przychodzi łatwo, skoro w ten sposób piszą niemal wszyscy. Ja jednak wolę wierzyć, że promowanie dziennikarstwa dojrzalszego i odrzucenie obrzydliwego cynizmu mogłoby zainicjować zmianę. Na tę okazję przypominam sobie opublikowany na „Dwutygodniku” tekst pt. „Megafon miałkich mózgów” autorstwa George’a Saundersa. Autor znakomicie rozmontowuje w nim naturę dziennikarstwa agresywnego i głupiego, „tanio dramatycznego i polaryzującego”. Takiego, które żeruje na społecznych lękach, insynuuje zamiast informować, wyklucza złożoność. Niestety jest go tak dużo, że się do niego przyzwyczailiśmy – coraz częściej przyjmujemy za normę, że ktoś sprzedaje nam stek bzdur pod płaszczykiem newsa. Takie czasy, co zrobić. Niektórzy z nas biorą nawet w tym udział, bo przecież jakoś trzeba zarobić. Saunders twierdzi, że to niebezpieczne ustępstwo, a ja mu wierzę – to dziennikarstwo, które czyni z nas błaznów, infantylizuje, osłabia naszą odporność. Trolle się cieszą, głupota się umacnia, pudelek/onet/filmweb lubią to. Tak, jestem przekonana, że można mieć o to pretensje.

Czytaj też:   Wayne. Pięściami przez życie

Tekst ilustruje kadr z filmu "Sok z żuka" (T. Burton, 1988).


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *