Film

Thelma i Louise. Wspomnienie

„Thelmę i Louise” pierwszy raz obejrzałam pod koniec podstawówki, bodajże w polsatowskim megahicie. Film Scotta podobał mi się tak bardzo, że leżąc już w łóżku, raz po raz opowiadałam sobie na głos jego fabułę – żeby niczego nie uronić, zapamiętać, przeżyć jeszcze raz, a następnego dnia streścić koleżankom w szkole. Od lat nie wracałam do tej historii, chyba trochę ze strachu, że nie zrobi już na mnie takiego wrażenia. Jak dobrze, że się pomyliłam! 

Przyjaźń, podróż, majestat przestrzeni, wiatr we włosach. „Thelma i Louise” to wspaniała przypowieść. Kobieca na wskroś, całą sobą przeciwko mizoginii świata, a jednocześnie sięgająca dalej – uniwersalna, oczyszczająca. Hymn do nieskrępowanej wolności, która jako jedyna z życiowych wartości pozwala być sobą. Widać to w przemianie Thelmy. Na pierwszy rzut oka klasycznej kury domowej, przez lata podległej nadętemu sprzedawcy dywanów, stłamszonej i strachliwej, która po odzyskaniu autonomii przemienia się w „tą dziką”. Tą, która z szelmowskim uśmiechem podpala samochody i napada na stacje benzynowe. „Zawsze to w tobie było”, powie do niej Louise nie bez racji. „To” dało się zauważyć już wcześniej – w tym, jak Thelma mówi, jak żartuje, niepospolicie i z ikrą. Gdyby rzeczywistość była dla tych kobiet bardziej przyjazna, swoją energię wykorzystałyby inaczej. Pewnie podbiłyby świat. Teraz została im tylko straceńcza podróż. Piękna, smutna i wzruszająca tak samo od lat.

Źródło fotek: Harper's Bazaar


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *