Film

Tully. Na marginesie.

Rozmowy z koleżankami. Im dalej w trzydziestkę, tym częściej prowadzone według podobnego schematu. Relacja z codziennej rutyny, narzekanie na pracę, obgadywanie mężów, porównanie dzieci (lub refleksja o ich rzucającym się w oczy braku), wreszcie – wspominanie słodkiej przeszłości. Tęsknota za przeszłością to, przynajmniej na tym etapie życia, tęsknota za wolnością – gdy bez uprzedzenia można było nie wracać do domu przez dwie noce, w dowolnym momencie rozpłynąć się w powietrzu, żyć bez zobowiązań. Dzieci nie wołają o mamę, bo ich nie ma, poziom odpowiedzialności za coś/za kogoś pozostaje na błogo niskim poziomie. Ale wiadomo – kiedyś trzeba dorosnąć.

Mam wrażenie, że „Tully” została przez wielu recenzentów nieopatrznie strywializowana, sprowadzona do małego filmiku odczarowującego macierzyństwo. I owszem, jest i tak, tyle że ta historia zarzuca sieci znacznie dalej. Prócz macierzyństwa w naturalistycznym kształcie mamy tu głęboką depresję z epizodami psychotycznymi, ujętą w ciemniejszych barwach niż zwyczajowe „baby blues”, niepokojącą i zupełnie niezabawną. Mamy skazaną na porażkę próbę dopasowania się do oczekiwań roszczeniowego społeczeństwa. Aż w końcu – mamy też uporczywą tęsknotę za młodością, dawną miłością, szaleństwem, brakiem zobowiązań. Nie bez znaczenia jest scena, w której główna bohaterka, zmęczona i wielka w przeddzień porodu, spotyka przypadkiem przyjaciółkę z młodości. Jak się później okaże – kiedyś wyjątkowo bliską. Kochaną? Teraz bezdzietną, modną i piękną właścicielkę efektownego loftu. I to ona okaże się tu największą tęsknotą, silniejszym niż ciąża katalizatorem depresyjnych nastrojów. Ona, czyli przeszłość, do której nie ma powrotu. „Tully” w tej warstwie doskonale dialoguje z „Young Adult”, filmem zrealizowanym przez to samo trio – Reitman, Cody i Theron – od którego zapożycza tematy, obrazy, uzupełnia tamtą perspektywę.

„Tully” to także ładny film o samotności matki, która prowadzi nocne życie, czuwając nad nowo narodzonym szczęściem. Mąż nie ma pojęcia, co się z nią dzieje aż do świtu. A noc jest długa, w magiczny sposób zawłaszczona przez intymność matki z dzieckiem, podczas niej wiele może się wydarzyć – zarówno dobrego, jak i złego. Jest tego więcej – sporo warstw w filmie, gdzie każdy dialog do czegoś dąży, ma znaczenie. Trywializując „Tully”, spłaszczając ją i omijając tropy, recenzenci jakby bali się nazywać rzeczy po imieniu – depresję depresją, ból bólem. Jakby przejmowali niepochlebną, zaakcentowaną w filmie rolę męża. Faceta, który nie dostrzega, co się dzieje z jego żoną, mimo że dzieje się to tuż pod jego nosem.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *