3 x M, czyli Mitologia Marilyn Monroe

Jak by wyglądała, gdyby doczekała starości? Trudno ją sobie wyobrazić w innych ujęciach niż tych, które tak silnie utrwaliła w naszej świadomości. Jej twarz pokryłaby się zmarszczkami, ale pewnie dość łatwo dałoby się z pajęczyny zniekształceń i niteczek wyłonić to słodkie, półprzymknięte spojrzenie. Byłaby pewnie korpulentna, miękka, z wydatnymi pośladkami. Być może nosiłaby nadto obcisłe i "niestosowne dla swojego wieku" sukienki, tak bardzo przyzwyczajona, by udowadniać światu, że jest prawdziwą kobietą. Z nonszalancją zaciągałaby się dymem papierosowym, a drugą, nieco opuchniętą dłonią poprawiała niesforne kosmyki wysuszonych od farbowania włosów. Może z wiekiem nabrałaby dystansu.

Marilyn Monroe w swoim krótkim, trzydziestosześcioletnim życiu pomieściła całą galerię dramatów i epizodów, które dziś stanowią coś na kształt biografii idealnej, by myśleć o niej w kategoriach złamanego życiorysu wielkiej gwiazdy. Czego tu nie było! Trzy małżeństwa (jedno przedwczesne, drugie zbyt burzliwe, trzecie ze słynnym dramaturgiem), roznegliżowane sesje, plotki, skandale, romans z prezydentem, uzależnienia, depresje, terapie, zapaść, aż w końcu samobójcza śmierć obrośnięta mitami. W natłoku tych wydarzeń i charakterystycznego wizerunku często zapominamy, że w gruncie rzeczy była utalentowaną aktorką. Kradła całą uwagę widzów nie tylko – jak się czasem wydaje – swoją cielesnością i pewnością siebie, ale także komediowym drygiem, pomysłem na odgrywane przez siebie bohaterki, aktorskim wdziękiem.

Co widzimy dzisiaj, gdy przeglądamy jej fotografie? Znając już całą tą tragiczną historię, mamy świadomość, że za świetliście uśmiechniętymi wizerunkami blondwłosej piękności tak naprawdę kryje się smutek. Marilyn wykreowała siebie na wzorcowy produkt. Była towarem – nie należała do siebie, ale do show-biznesu i tłumów. Później za to „odczłowieczenie” dokonane przez media, publikę i świat filmu miała pretensje. Ponoć niedługo przed śmiercią powiedziała: „Nieszczęściem jest to, że symbol seksu stał się rzeczą. A ja po prostu nienawidzę być rzeczą”. A przecież sama brała w tym procesie udział. Wiedziała, co się święci.  Ze swobodą weszła w swoją życiową rolę, wymyśloną gdzieś tam, u podnóży kariery, a potem wzorowo ją odgrywała. Do samego końca, choć na ostatnim etapie życia raczej na oślep.

Marilyn to kreacja. Zmyślone imię, zmyślona czupryna, fikcyjna pewność siebie i nieprawdziwe szczęście. Na pierwszy rzut oka doskonała, ale czy dla siebie samej? Jej ciało, dziś przedstawiane jako wzór naturalnej, bujnej kobiecości, autentyczny element jej wizerunku, było jednocześnie jednym z źródeł jej chronicznych kompleksów. Wahania wagi aktorki da się zauważyć gołym okiem, przypatrując się jej zdjęciom. Być może wcale nie lubiła siebie samej, nie była w stanie w pełni się zaakceptować. Mimo to pieszczotliwie pielęgnowała swój wizerunek.

Małżeństwo z Arthurem Millerem może wydawać się dość egzotyczne. Zdobywca Nagrody Pulitzera o dość suchej powierzchowności i najponętniejsza kobieta świata – to raczej naciągane równanie miłosne. Nic dziwnego, że po pięciu latach okazało się zupełnie chybione. Miller imponował Marilyn. Ta chętnie garnęła się do literacko-intelektualnego środowiska, tańczyła z Trumanem Capote, rozmawiała z Karen Blixen. Łaknęła wiedzy, pragnęła łapczywie i jak najszybciej nadrobić braki, nie była jednak w stanie. Pozostawiła po sobie bibliotekę liczącą około 400 książek. Chętnie fotografowała się z wiekopomnymi dziełami, na przykład z „Ulissesem”, choć jej „związek” z Joycem wydawał się jeszcze bardziej kuriozalny niż z Millerem. Ponoć Arthur nie był dla niej łaskawy, miał do niej żal, że go zawstydza w towarzystwie. A kompleksy etatowej seksbomby pogłębiały się.

Z perspektywy czasu jej słabość do książek wydaje się dość emblematyczna. Stanowi symbol niespełnionych ambicji, rozdźwięk między tym, kim była a kim chciała być. Czy jednak Marilyn mogłaby być kimś innym? Myślę, że z wrodzonej umiejętności kokieterii, chęci brylowania, zwracania na siebie uwagi, a to wszystko w połączeniu z bujną kobiecością, nie miała szans zrodzić się skrajnie inna osobowość. Na starych zdjęciach MM widzimy więc kobietę nie tylko piękną, smutną, ale pragnącą chaosu. Pędzącą rozpaczliwie w stronę reflektorów niczym ta naiwna i pełna desperacji ćma do światła, u celu rozczarowana jego sztucznym blaskiem i chłodem szklanego klosza.

Marilyn Monroe i Arthur Miller (fot. Sam Shaw)

Marilyn Monroe (fot. Eve Arnold)


About the author

superchrupka

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *