Larry McMurtry to imponująco płodny pisarz z sukcesami (wśród nich Pulitzer za „Na południe od Brazos” i Oscar za scenariusz do „Tajemnicy Brokeback Mountain”). W Ameryce czyta się go chętnie, a każda kolejna jego książka to wydarzenie literackie. A w Polsce? To jeden z tych licznych „nieodkrytych” – słyszy się o nim niewiele, nie wydaje się go prawie wcale, a jego nazwisko mało komu cokolwiek mówi. A szkoda. Do mnie McMurtry trafił drogą kina. Znakomite ekranizacje jego powieści, jak „Ostatni seans filmowy” Petera Bogdanovicha, „Hud, syn farmera” z Paulem Newmanem czy doskonały miniserial na podstawie wspomnianego „Na południe od Brazos” to tytuły, które znajdują się gdzieś w okolicy czołówki mojego osobistego filmowego rankingu. Z taką „podkładką” zabranie się za czytanie McMurtry’ego wydawało się jedynie kwestią czasu. Pretekst okazał się doskonały – oto w księgarniach pojawiło się wznowienie „Czułych słówek”, czyli kolejnego pamiętnego dzieła tego pisarza, utrwalonego głośną, oscarową adaptacją.
No i jak było? Muszę przyznać, że z „Czułymi słówkami” mam pewien problem. Po iskrzącym od energii, obiecującym początku, gdzie żywe postacie ujęte zostają w ramy ujmującej, amerykańskiej obyczajowości, historia powoli zaczęła mnie męczyć. Już gdzieś w pierwszej połowie opowieści następuje coś na kształt znużenia, czytelniczej niecierpliwości, zwłaszcza wtedy, gdy pisarz wydaje się być bardziej infantylny niż jest w rzeczywistości.
Głównymi bohaterkami są tu dwie panie: energiczna, perfekcyjna, wiecznie młoda duchem Aurora Greenway oraz jej córka – zdominowana przez matkę młoda żona, nieidealna, trochę zmęczona i zrezygnowana, choć jednocześnie pełna miłości. Jedną z najciekawszych warstw powieści jest relacja między tą dwójką – skomplikowana, zażyła, oparta na wzajemnych, choć niespełnionych oczekiwaniach. Aurora jest uzależniona od Emmy, Emma od Aurory. Aurora bywa wobec córki nieczuła, apodyktyczna i niesprawiedliwa, choć w gruncie rzeczy nawet w swojej egoistycznej postawie chce dla niej dobrze. Emma ucieka przed dominującą matką w małżeństwo bez przyszłości, co całkowicie zdeterminuje jej życie. Obie panie będą się wzajemnie zwalczać i kochać jednocześnie, co zaowocuje zarówno niezłą komedią, jak i przejmującym dramatem.
I cała książka jest taka: na przestrzeni niespełna 600 stron raz wpadniemy w melodramatyczne nastroje, by po chwili być świadkami tragifarsy. McMurtry zaskoczył mnie swoim komediowym talentem, wyrażonym choćby w znakomitych fragmentach o pobocznych postaciach, w tym o gosposi Aurory i jej niewiernym, głupkowatym mężu-zazdrośniku, obfitujące w soczyste, świetnie opisane scenki rodzajowe. Właśnie ze względu na ów lekki ton, można nieopatrznie zbagatelizować treści, które kryją się pod jego płaszczykiem. Mowa tu nie tylko o wspomnianej trudnej relacji matki z córką, ale i strachu przed przemijaniem i starością (w wykonaniu Aurory), złych wyborach, niespełnionych marzeniach i smutnej prozie życia (w wykonaniu Emmy), a nawet miejscu kobiety w patriarchalnym społeczeństwie, bez przywilejów, czy o problemie męskości, nieraz słabej i tchórzliwej. McMurtry pociąga za wiele sznurków, nie komentując kolei losów swoich bohaterów. Ich historię rozcieńcza czysto zabawowymi dialogami i wesołymi sytuacjami, które niestety bywają męczące, szczególnie te w wykonaniu Aurory – bohaterki charyzmatycznej, ale denerwującej zarówno w świecie przedstawionym, jak i w czytelniczym odbiorze. Dopiero smutny, bardzo przejmujący finał daje nam sygnał, że mamy do czynienia z historią znaczącą, mocną, żywą.
Ostatnia, znacznie szczuplejsza część książki w całości poświęcona jest wyłącznie losom Emmy, spychanej wcześniej na margines, zarówno przez swoją matkę, jak i… autora. Jest mi naprawdę smutno, że McMurtry nie rozciągnął tej części na więcej rozdziałów, bo tu najwyraźniej objawia się jego talent i wrażliwość. To strony pisane z wyraźną empatią i czułością dla swojej bohaterki. Po ich lekturze nabiera się zupełnie innej optyki na całą opowieść, wreszcie można dostrzec jej faktyczną wartość. Rozumiem przewrotny zabieg McMurtry’ego, a jednocześnie kieruję w jego stronę wyrzuty. Sam autor w jednym z wywiadów wyznał, że to jedne z najlepszych stron, jakie napisał. Ich stworzenie kosztowało go ponoć sporo, bo utratę weny trwającą aż osiem lat. Tak trudno było mu się rozstać ze swoimi bohaterami, tak źle było się żegnać z Emmą – naprawdę ciepłą i autentyczną kobietą.
Mimo ambiwalentnych odczuć, które towarzyszyły mi w trakcie lektury „Czułych słówek”, po dotarciu do końca wiedziałam, że z McMurtrym jednak nie kończę. Że wkrótce do niego wrócę. Szczególnie, że to rodowity Teksańczyk i obecnie jeden z bardziej znanych pisarzy opowiadających o Amerykańskim Zachodzie. Niestety McMurtry’ego w polskiej ofercie wydawniczej tyle, co kot napłakał (ja naliczyłam 7 książek z ponad 30-stu) – większość wydań ma już swoje lata, a jedyne wydanie „Na południe od Brazos” chodzi po Allegro w dość wymagającej cenie.

