Z okazji Dnia Dziecka zebrałam kilka moich luźnych, nieuporządkowanych wspomnień związanych z dorastaniem w epoce VHS. O, tu:

Najbardziej z moim bratem, Wojtkiem, baliśmy się „Legendy”. Pierwszy seans okazał się wystarczająco straszny, by do filmu nie wracać za szybko, choć wspomnienie o nim pielęgnowaliśmy regularnie. Największym naszym koszmarem była Meg, kreatura z bagien, którą nazywaliśmy „zieloną czarownicą”.  

Mama zostawiła mnie pod opieką córki sąsiadki, która włączyła mi „Koszmar z ulicy Wiązów”, po czym wyszła z pokoju. Nie wiem, dlaczego wybrała akurat tę kasetę. Przypadek? Nieświadomość? ZŁOŚLIWOŚĆ?

Bardzo typowy zestaw ulubionych filmów mojej mamy: „Uwierz w ducha”, „Stalowe magnolie”, „Pretty Woman”, „I kto to mówi”, „Bezsenność w Seattle”, cała filmografia Barbry Streisand, „Sahara” z Brooke Shields.  

Dwa wspomnienia z bajek, które mogły przyczynić się do mojej niechęci dla kuchennych obowiązków:

  • wspomnienie groźnych roślin, które zakorzeniły się w muminkowej piwnicy, łodygi pełzające w stronę stopy Mamy Muminka, która gotuje obiad i niczego się nie spodziewa.
  • bałwanek Bouli pożycza od Boulimamy książkę kucharską, a potem piecze niebywale pulchne ciasto, które rośnie i rośnie, aż wreszcie nie mieści się w piekarniku, a potem nawet w iglo i wypływa przez drzwi wejściowe.

Pierwszy film, na którym płakałam to „La Bamba”.

Rodzice często przynosili nam z wypożyczalni takie filmy, jak „Niesforna Zuzia”, „Beethoven” albo „Małpi kłopot”. Szanowaliśmy to, nie sprzeciwialiśmy się, ale już wtedy woleliśmy „Terminatora”, „Obcego” lub „Muchę”.

Kuriozalne wspomnienie. W szkole, na lekcji polskiego, oglądamy „Kosiarza umysłów”. Nie potrafię sobie przypomnieć, w jakim celu to robiliśmy.   

Wojtek pyta w wypożyczalni o filmy z superbohaterami, a pani poleca mu „Cień” z główną rolą Aleca Baldwina. Gorycz rozczarowania.

Bajki zapisane gdzieś na dnie pamięci: „Wiewiórcze opowieści”, „Alfred Jonatan Kwak”, „Robin Hood” z TVP2.

Bardzo chciałam być jak Vada Sultenfuss.

Nagrywaliśmy z Wojtkiem na kasety wszystkie odcinki animowanego „Batmana” emitowanego na TVP2. Oglądaliśmy raz po raz, aż do zdarcia. To było lepsze niż Nintendo.

Kłótnia się z Wojtkiem o „MacGyvera”. Mój brat twierdził, że to najbardziej realistyczny serial w historii.

Tata przywiózł z USA kilka ciekawych gadżetów, m.in. oryginalną kasetę z „Cobrą” z Sylvestrem Stallone. Mnie i Wojtkowi nie przeszkadzało, że nie rozumiemy z filmu ani słowa. Oglądaliśmy, aż iskrzyło.

Polonia 1.

Byliśmy wiernymi czytelnikami „Kawaii” i fantazjowaliśmy o oglądaniu anime. Fabuły poszczególnych tytułów znaliśmy na pamięć, mimo że ich nie widzieliśmy.

Zawsze, gdy na ekranie pojawiały się nagie biusty, rodzice kazali nam zasłaniać oczy. Nie mieli jednak nic przeciwko, byśmy wielokrotnie oglądali „Robocopa”.

W wypożyczalni koło Pewexu najchętniej pożyczaliśmy trzy filmy animowane: „Gandahar” (nie wiedziałam, o co w ogóle w tym chodzi, ale bardzo mi się podobało), „Podróże Guliwera” z 1939 roku (scena wiązania Guliwera, jego buty z klamerką i malutkie ludziki, to jedno z moich najwcześniejszych wspomnień) i „Dzielnego małego tostera” (lampa z Pixara może się schować).

Jestem z rodzicami w wypożyczalni, szukam filmu na wspólne popołudnie. Wreszcie wybieram „Głupiego i głupszego”. Seans okazuje się torturą – rodzice ani raz się nie śmieją.

Wojtek poszedł do kina na „Mortal Kombat” – wrócił podekscytowany, z iskierkami w oczach. Na wakacjach u kuzynów, na kieleckim targu, kupił sobie kasetę magnetofonową z soundtrackiem z filmu (ja koszulkę z ludzikiem z 7-up), po czym pobiegł szybko do domu, by ją odsłuchać. Później zastałam go płaczącego – ulubiony theme song zajmuje ledwie ułamek kasety, a reszta to „jakieś inne piosenki”.  

Pierwszy western obejrzany z tatą to „Biały kanion”.

Gdzieś pomiędzy „Anią z Zielonego Wzgórza” z Megan Follow a „Żarem tropików” z Carolyn Dunn zapada decyzja o kolorze włosów „gdy dorosnę”.  

Kosmita z torebki w „Moja macocha jest kosmitką”. WTF?!

my-stepmother-is-an-alien-bag

Dziewczyny w klasie dużo i z przejęciem mówiły o „Dzieciakach” Larry’ego Clarka. Film staje się legendą. Gdy wreszcie obejrzałam go z najlepszą koleżanką, przez długi czas towarzyszyło mi wrażenie, że zrobiłyśmy coś zakazanego. Podobne uczucie miałam przy pierwszym seansie „Fucking Amal”.

Podstawówkowy hit, „Młodzi gniewni”. Wszyscy w klasie udawaliśmy, że znamy na pamięć słowa „Gangsta’ Paradise”, ale głośniej niż pod nosem recytowaliśmy wyłącznie jeden wers: „Power in the money, money in the power”.

Dziewczyny z klasy lubiły „Orbitowanie bez cukru”, ale nieumyte włosy Ethana Hawke’a wzbudzały wśród nich duże kontrowersje.

W nocy, w pokoju rodziców, oglądam „Thelmę i Louise”. Jestem bardzo podekscytowana, a potem, już u siebie, kilka razy opowiadam sobie na głos całą fabułę, żeby niczego nie zapomnieć.

Bardzo lubiłam „Grease”, dlatego w programie telewizyjnym wypatrywałam innych filmów z Travoltą. Wreszcie natrafiłam na „Pulp Fiction”, który obejrzałam w nocy, gdy wszyscy spali – na początku jestem rozczarowana, potem zdziwiona, przy końcu czuję, jakbym odkryła jakiś niezwykły skarb.

Wojtek mówi mi, że już niedługo płyty CD zastąpią kasety wideo. Śmieję się. Myślę, że mnie nabiera.

Początek liceum. Wojtek zabiera mnie i moją koleżankę na „filmową noc” do swojego kolegi „od Amigi”. Oglądamy m.in. „Candymana" i „Koszmar następnego lata”. Zdania na temat, który film lepszy, są mocno podzielone. 

Ja i moj brat
Ja i moj brat

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *