„Paryż i dziewczyna” Léonor Sérraille to film, który zaczyna się od prowokacji – ataku furii po rozstaniu. Bohaterka wrzeszczy i uderza głową w drzwi. Jej zachowanie, dalekie od ideału zwiewnej Paryżanki, początkowo budzi opór, który z czasem ustępuje empatii. Przecież wszystko, co oddala Paulę od konwencji, czyni ją bardziej interesującą. Bohaterka jest namacalna, barwna, prawdziwa. Niekoniecznie urocza. W jednym momencie jest jak dziecko, w innym jak kobieta fatalna. Reżyserka nie znieczula jej zachowania słodyczą subtelnego dziewczęcia, któremu wszystko się wybacza. Nie upiększa jej, nie photoshopuje charakteru, ale z premedytacją go odsłania. Zawstydza widza jej niezręcznością i naturalnością, ciągłą improwizacją, potknięciami, głupotami, także jej statusem. 

Po trzydziestce życiowy bilans Pauli prezentuje się mizernie – bez dachu nad głową, źródła utrzymania, oparcia w kimkolwiek. Można pomyśleć: koszmar. Ale można też inaczej: wolność. Film nie krytykuje, ale też nie uwzniośla postawy tzw. „dorosłego człowieka”, który dryfuje przez życie, bo przegapił lub zlekceważył właściwy moment, by osiągnąć wielki sukces. Tak już jest, że zew życia wzywa niektórych wcześniej, innych później lub wcale, to żaden skandal. Niedopuszczalne sytuacje, schematy, szufladki – definiujemy je sami, by potem stać się ich więźniami.

Jest w filmie scena, w której przypadkowy pasażer autobusu zwraca uwagę bohaterce, że zapomniała odpiąć służbowy identyfikator, a teraz jedzie z nim na widoku. Dziewczyna śmieje się. Bo czy coś w tym złego? Niestosownego? „A pan ma krawat. Mama mi mówiła, żeby nie ufać facetom pod krawatem” – odgryza się wesoło, jak to ona, poza schematem.

 

 

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *