Wczoraj był Światowy Dzień Książki, więc dzisiaj będzie książka, ale taka, która prostą ścieżką prowadzi do świata filmu. „Galveston” Nica Pizzolatto (Mélanie Laurent nakręciła na jej podstawie film) to rasowy neo-noir, w którym główny bohater, zawodowo zajmujący się zabijaniem i ściąganiem długów, najpierw dowiaduje się, że jego dziewczyna go zostawiła, a on sam jest śmiertelnie chory, a potem wpada w krwawą zasadzkę. Wychodzi z niej poobijany, ale cało, na dodatek z niecodziennym „bagażem” – młodą, piękną i zbrukaną dziewczyną, którą ratuje z opałów. Razem uciekają z Luizjany do Teksasu, by schować się przed dawnym życiem.

Przez pierwsze kilkanaście stron miałam mieszane uczucia. Styl Pizzolatto, jakkolwiek przyjemnie noirowy, raził mnie silnym stężeniem pierwiastka macho, choć usprawiedliwionym konwencją, to jednak irytującym. Główny bohater to ten typ nieogolonego, wielkiego twardziela w kowbojkach, trwającego w poczuciu beznadziei, zobojętnienia, ale też wyższości, którego charakteryzuje niewiele więcej niż to, że każdemu da po gębie, a znad butelczyny whisky obcesowo ocenia pupy młodych dziewczyn. Może kiedyś by mnie to brało, ale już wyrosłam. Niepewne wrażenie szybko się jednak rozmywa, co odnotowuję jako zasługę wspomnianego stylu autora. Pizzolatto pisze tak wartko i lekko, że nim zdążymy zdecydować, czy w ogóle chcemy kontynuować lekturę, to gnani ciekawością jesteśmy w połowie, gdy w naszym kowboju spod grubej skóry wyziera już człowiek z sercem i duszą. Książka to bardzo smutna, podszyta trudem popełnionych w przeszłości błędów, melancholią za dawnym zakochaniem, które przecież nie było prawdziwe i niepewnością jutra, brutalna, nawet bezlitosna. I dająca dużo gatunkowej frajdy – z tajemnicą i intrygą, z obskurnym motelem pełnym podejrzanych gości i tanim barem, z żaluzjami, które rzucają cień w więzienny wzorek. Z dymiącym papierosem, który przy każdym zaciągnięciu wydaje dźwięk żarzącej się bibułki.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *