Gdybym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a pieniędzy bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. I choćbym miał dar proroctwa i znał wszelkie tajemnice i wszelką umiejętność, i choćbym miał wszelką wiarę, tak żebym góry przenosił, a pieniędzy bym nie miał, niczym jestem (…) A teraz trwa wiara, nadzieja, pieniądz, to troje; z tych zaś największy jest pieniądz.

Św. Pawła „Pierwszy list do Koryntian”
(nieco zmieniony,
zaczerpnięty z książki „Wiwat aspidistra!” George’a Orwella)

 

"Wielki Gatsby”, wbrew swojemu potężnemu tytułowi, to książeczka skromnych rozmiarów. Jednocześnie tak treściwa, że nawet dziś, równo dziewięćdziesiąt lat od swojego debiutu, może stanowić punkt wyjścia dla niejednej burzliwej dyskusji na różne tematy. W tym na temat pieniędzy. Podobno nie sposób dogłębnie zrozumieć twórczości jej autora, Francisa Scotta Fitzgeralda, bez znajomości jego biografii, którą zbudował na dwóch największych namiętnościach – burzliwej i toksycznej miłości do swojej żony Zeldy oraz słabości do alkoholu i salonowego życia.

Zelda, kobieta niespokojna, zbuntowana i wyrachowana, ekscentryczna manipulantka, furiatka i kokietka, ale również urodzona artystka, stanowiła dla Fitzgeralda największą z muz. To właśnie dla niej został pisarzem. Podobnie jak bohater swojej książki, był bowiem za biedny, by poślubić córkę poważnego sędziego z Alabamy. Dorobił się na literaturze, a wraz z wywalczoną miłością znalazł świetny materiał do dalszego pisania. „Wielki Gatsby” to nie tylko cyniczna historia pewnego skąpanego w smutnej ekonomii uczucia, ale i poniekąd zapis życiowych doświadczeń pisarza.

W jej głosie czuje się pieniądze.
To one zapewniały mu niewyczerpany wdzięk, urok i melodyjny czar.

Gatsby to pełen determinacji i wewnętrznego uporu facet, który na starcie nie dostaje zbyt wiele. Wychowany w biedzie, ale popędzany szaloną ambicją, szybko awansuje społecznie. Swoją fortunę buduje na nie wiadomo czym (a raczej wiadomo, że na niczym uczciwym). Wygląda na to, że nie robi tego dla samej radości posiadania, władzy czy lepszej pozycji. Przynajmniej nie tylko. Gatsby gromadzi pieniądze z miłości. Zakochany w pięknej, bogatej Daisy, która wiele lat temu zostawiła go dla dobrze usytuowanego Toma, postanawia odzyskać jej względy. Działa z oszałamiającym rozmachem, stawiając naprzeciw jej rezydencji, po drugiej strony zatoki, bajeczny pałac. Tu z kolei urządza dzikie imprezy dla nowojorskiej socjety, ówczesnych celebrytów, najważniejszych biznesmenów i gwiazd Hollywoodu. Liczy, że na jedną z nich, a potem prosto w jego ramiona, wreszcie wpadnie Daisy. To bohater, który wie doskonale, że miłość kosztuje.  

Czy Gatsby to pozytywny bohater? Początkowo wydaje się, że niekoniecznie. Arogant, który nie musi nawet bywać na własnych przyjęciach, dorobkiewicz, o którym krążą niechlubne legendy, lekkoduch o złej, choć już kultowej sławie, a do tego wszystkiego mitoman. Jak więc go lubić? Nasze zdanie o nim zmienia się dopiero wówczas, gdy nie tylko poznajemy romantyczne motywacje jego działań, ale też widzimy go w „sytuacji miłosnej” – nieporadnego, nadwrażliwego chłopca z dudniącym sercem i drżącymi rękoma. Gatsby wydaje się ostatnim romantykiem w nowoczesnym, galopującym do przodu świecie, dla którego pieniądze to za mało – on po prostu chce kochać i być kochanym. Czyżby?

Jej sztuczny, wymuskany świat pachniał storczykami i beztroskim snobizmem.

Dlaczego więc wybiera Daisy? Przecież to ona jest tak naprawdę antybohaterką w tej historii i zołzą – rozpuszczona przez luksusy, znudzona, wyrachowana, pragmatyczna posiadaczka beznamiętnych oczu. To taki amerykański odpowiednik Izabeli Łęckiej z „Lalki”. Pamiętacie szalone działania Wokulskiego, który próbował zdobyć jej chłodne serce? Tak samo jak Gatsby w celach miłosnych pomnażał swoją forsę, uczył się języka angielskiego, pomagał jej ojcu wyjść z tarapatów. I co mu to wszystko dało?

Można by mu współczuć. Można by też pomyśleć, że to taka piękna sprawa – tak wiele poświęcać dla obiektu swoich westchnień. Gdy jednak spojrzymy na całą tę aferę z innej perspektywy, romantyzm zacznie się niepokojąco ulatniać. Bo czy nie jest tak, że zarówno bohater Fitzgeralda, jak i nasz swojski Wokulski, potraktowali wybranki swych serc dość przedmiotowo, bo jako towar, obiekt transakcji, pałac czy kamienicę? I co więcej: czy zdobycie względów ukochanej faktycznie byłoby dla obu panów spełnieniem marzeń o miłości czy może…  wyczekiwanym awansem do wyższych sfer?

Pamiętajmy, że zarówno Gatsby, jak i Wokulski, cierpieli na ogromny kompleks niższego pochodzenia. Ich fortuny wcale nie gwarantowały akceptowalnego przez arystokrację awansu. Mimo pełnego portfela obaj nadal byli w tym bogatym świecie traktowani z góry, jako intruzi i nuworysze. Ich „nowe” pieniądze znaczyły mniej, niż stare majątki powiększane w rodzinach z tradycjami już od pokoleń. Wciąż też pochodzili z gorszego świata, nosząc wstydliwe, brzydkie znamię biedy. Gatsby prawdopodobnie nie pokochałby Daisy, gdyby była biedną dziewczyną. Prócz jej urody i wdzięku, kochał w niej pieniądze, a konkretnie cały zestaw atrybutów i korzyści, które za nimi idą. „Jej młodość i niezwykłość, tak niewolniczo związane z bogactwem, podziałały na Gatsby’ego oszałamiająco, oszałamiała go świeżość jej niezliczonych strojów i sama Daisy, jaśniejąca jak srebro, bezpieczna i wyższa ponad rozpaczliwe wysiłki ludzi biednych” – czytamy w książce.

Na tle Gatsby’ego inaczej prezentuje się inny, arcyromantyczny bohater – Martin Eden, powołany do życia przez Jacka Londona. Młody, skromny marynarz, bez ogłady, bez wykształcenia i bez manier, przypadkiem trafia na obiad do pewnej rodziny z wyższych sfer. Tutaj poznaje boską Ruth – oszołomiony jej delikatnością, urokiem i wiedzą, postanawia jej dorównać. Jego dążenia nie krążą jednak wokół pieniędzy – na starcie Eden stara się samodzielnie dokształcić. Śpi po cztery godziny dziennie, pracuje i uczy się z szaloną gorliwością. Aż wreszcie, podobnie jak Gatsby, chociaż innymi, bo uczciwymi metodami, dosięga gwiazd. Te jednak ku jego gorzkiemu rozczarowaniu okazują się zaledwie fałszywymi świecidełkami, zbudowaną na kłamstwie i niewartą zachodu mrzonką. Pieniądze, sława, pozycja – wszystko to za mało, dowiaduje się wreszcie. I mimo tej wiedzy, której Gatsby nie posiadał, a raczej z jej powodu, kończy tak samo jak on – marnie.

Niniejszy tekst opatrzyłam osobliwym mottem zaczerpniętym z innej interesującej książki o pieniądzach, „Wiwat aspidistra” George’a Orwella. Ta mniej znana powieść w dorobku autora „Folwarku zwierzęcego” to również na swój sposób ekonomiczna historia miłosna, ale bliższa współczesnemu życiu. Nie ma tu podziałów na arystokrację i biedę, nie ma wyższych sfer ani wielkich pieniędzy. Jest za to smutny, przygnębiający bohater, który bardzo chce zostać słynnym pisarzem. Rezygnuje więc z dobrej oferty pracy w branży reklamowej, by spróbować dorobić się na pisaniu. W jego mniemaniu pieniądz niszczy natchnienie. Wkrótce okazuje się, że jest zupełnie na odwrót – to brak pieniędzy działa destrukcyjnie na artystyczne możliwości. Spróbujcie napisać kilka akapitów wielkiej powieści, gdy burczy wam w brzuchu!

Nasz bohater ma też inny problem. Kocha pewną dziewczynę, a ona kocha jego. Nie może sobie jednak pozwolić, by zabrać ją za miasto albo na wystawną kolację, bo najzwyczajniej go na to nie stać. Nieustannie, wręcz obsesyjnie przelicza monety, które brzęczą mu w kieszeni, kalkuluje, kombinuje, a wynik równania wciąż jest niezadowalający. Głową muru nie przebijesz – myśli – za miłość trzeba płacić. Tę niewygodną prawdę niesie w sobie literatura: nawet w najszlachetniejszych emocjach pieniądz bywa dobrym partnerem do negocjacji.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach nieistniejącego już bloga cdp.pl


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *