Ów mroczny, listopadowy wieczór, kiedy doktor Frankenstein pierwszy raz w całokształcie ujrzał pokraczny wytwór swojego eksperymentu, dał początek niesamowitej, ciągnącej się po dziś dzień historii. Ohydne monstrum wciąż żyje, a co więcej – ma się świetnie. Kto by 200 lat temu przypuścił, że fantastyczna opowieść stworzona przez dwudziestoletnią kobietę, zamiast szybko się zdezaktualizować, regularnie będzie zyskiwać na wartości?

„Frankenstein” to jedna z tych książek, o której wszyscy słyszeli, lecz mało kto po nią sięgnął. Potwór powołany do życia owej wiktoriańskiej jesieni utrwalił się w naszej pamięci głównie za sprawą licznych ekranizacji, w tym tej najsłynniejszej, z Borisem Karloffem w roli głównej. Współcześnie w powszechnej świadomości „dziecko” genialnego naukowca funkcjonuje jako gigantyczny potwór -analfabeta z kwadratową głową i niezdarną grzywką. Schematów, które przylgnęły do słynnej postaci, jest zresztą więcej. Błędnie, choć zwyczajowo, mianem „Frankenstein” określa się często nie naukowca, ale samo monstrum. Naukowiec zaś postrzegany bywa jako totalny szaleniec, czyli radkalnie inaczej od swojego dystyngowanego i wyważonego pierwowzoru. Ba! Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że słynny stwór w pierwotnym założeniu wcale nie jest mrukliwym półgłówkiem. Wręcz przeciwnie – to wrażliwy (tyle że szkaradny i trzymetrowy) mężczyzna, z polotem formułujący skomplikowane zdania, jakby wyjęte z książek Miltona czy Goethego. 

Dziś „Frankensteina” Mary Shelley, pomimo niepodważalnej wartości, czyta się dość ciężko. Archaiczna forma i piętrząca się fraza spodoba się zwłaszcza fanom gotyku lub XIX-wiecznej prozy. Mimo to zaszczepiona w książce idea wydaje się nie tylko nieśmiertelna, ale i uniwersalna.

Zabawa w Boga

 It’s alive! – krzyczy w opętańczym podnieceniu Frankenstein, gdy zauważa, że palce gigantycznego stwora zaczynają się ruszać. W tle słychać grzmoty, co wzmaga grozę całego wydarzenia i podkreśla obłęd wypisany na twarzy naukowca. Scenę tę znamy ze wspomnianej ekranizacji „Frankensteina” z 1931 roku, nakręconej przez Jamesa Whale’a. Oto człowiek, ożywiając martwą materię, pokonuje ostateczną granicę – śmierć. Pomysł Shelley był, jak na swoje czasy, odważny, a jednak mocno osadzony w aktualnych nastrojach. Da się w nim przecież dostrzec echa ówcześnie pulsującego w powszechnej wyobraźni darwinizmu, który udowadniał potomnym, że nic na tym świecie, na czele z dziełem stworzenia, nie zależy od Boga.

A jednak Shelley nie napisała „Frankensteina” jako peanu na cześć nieskrępowanych naukowych eksperymentów, które pozwolą ludziom harcować niczym myszy, gdy kot nie patrzy. Frankensteinowi monstrum przecież „nie wyszło”, jest straszne, niezdolne do życia w społeczeństwie. Naukowiec nie ma oporów, by odrzucić swoje „dziecko”. Skazuje stworzoną przez siebie istotę na samotność i potępienie, co oczywiście mści się na nim w okrutny sposób.

Gwałcenie praw natury nie popłaca – napomina więc Shelley. I nie robi tego jako ostatnia. Tuż za nią podążają bowiem całe zastępy literackich i filmowych robotów, androidów, cyborgów, „nowych ludzi”, którzy podobnie jak powstałe z martwych monstrum, walczą o swoje prawa do człowieczeństwa. A przecież rzadko wychodzi z tego coś dobrego.

Lekcja odpowiedzialności

Pamiętacie bajkę o Pinokiu? Pasuje tutaj jak ulał, wszak Gepetto to na swój sposób bajkowy odpowiednik Frankensteina. Podobnie jak bohater książki Shelley ożywia martwą materię, ale w odróżnieniu od naukowca, za stworzone przez siebie „dzieło” bierze pełną odpowiedzialność. I choć drewnianemu pajacowi daleko do ideału – to przecież rozwydrzony i egoistyczny urwis – poczciwy majster postanawia otoczyć go ojcowską troską. Frankenstein w stosunku do swojego „syna” nie wykazuje tyle serca. Brzydzi się nim, odrzuca go głównie ze względu na upiorny wygląd. Za egoistyczne zachowanie musi zapłacić karę. Zjawię się u ciebie w twoją noc poślubną! – potwór najpierw poprzysięga zemstę, a już wkrótce zaczyna zbierać śmiertelne żniwo.

Ile to razy od tamtej pory „przerabialiśmy” w kulturze temat ponurych konsekwencji rywalizacji z naturą? Aż do znudzenia na łamach powieści science-fiction czy na wielkim ekranie nieodpowiedzialnie wykorzystana nauka stawała się śmiertelnym wrogiem ludzkości – czy to w postaci morderczego systemu obronnego, dinozaurów wskrzeszonych niezgodnie z darwinowskim porządkiem rzeczy, robotów, które pewnego dnia zaczynają się buntować, czy też eksperymentów prowadzących do spektakularnego końca świata. Nad każdą z tych wizji przyszłości czai się duch gotowego do zemsty stwora Frankensteina, a jego postać staje się coraz bardziej złowroga z każdym kolejnym technologicznym odkryciem współczesności. Razem z monstrum tli się nad nauką widmo szalonego doktora Moreau, który nie potrafił ucywilizować stworzonych przez siebie bestii.

Czytaj też:   Pełzająca śmierć, najlepszy film sportowy od lat

Motyw odpowiedzialności za wskrzeszenie umarłego próbował wyartykułować w swojej ekranizacji „Frankensteina” Kenneth Branagh. Ostatnio temat ten wrócił wraz ciekawym serialem pt. „Penny Dreadful” (polskie tłumaczenie „Dom grozy”), na nowo powołującym do życia wiktoriańskich bohaterów, w tym słynnego naukowca i jego stwora. Scenarzyści tym razem odrobili lekcje i postanowili w miarę solidnie odwzorować tok myślenia Shelley. Monstrum nareszcie jest inteligentne, a „człowieczeństwa” (podobnie jak w oryginale) uczy się z literatury pięknej. Sam Frankenstein to natomiast na pierwszy rzut oka „normalny”, młody doktor. Dopiero gdy zajrzymy w głąb jego duszy, dostrzeżemy niepokojące idee. Gdy „dziecko” Frankensteina staje się jego oprawcą, gdy zaczyna go prześladować i stawiać żądania, stwórca zaczyna porządnie trząść portkami. W rozmowie z profesorem Van Helsingiem nazywa swój chełpliwy czyn wiekuistym, ze strachem w oczach mówi o stawianiu czoła odpowiedzialności i nieprzypadkowo cytuje wiersz Percy’ego Shelleya (męża autorki „Frankensteina): Więcej życie nie pozwoli rozdzielić, niż śmierć połączyć może.

Mimo że ludzka pokusa stworzenia nowego człowieka, ulepszenia go lub uzyskania kontroli nad śmiercią wydaje się zupełnie naturalna, kultura do tego typu pomysłów podchodzi raczej sceptycznie, grożąc, wieszcząc katastrofę i napominając. Robot, który myśli i potrafi wyręczać człowieka w trudnych zadaniach, staje się jednocześnie dla niego konkurencją, a wreszcie: zagrożeniem. Z sojusznika jest tylko o krok, o jedną ideę, by stać się oprawcą. Gdy w głowie robota zaskrzy myśl o buncie, na nic się zdadzą prawa robotyki sformułowane niegdyś przez Isaaka Asimova[i].

Wiedział o tym Dean Koontz, tworząc w książce pt. „Frankenstein. Syn marnotrawny” własną wariację na temat słynnego potwora. Powieść wydaje się ekstremalna pod względem nagromadzonych w niej bzdur, a mimo wszystko – dzięki sprawnemu warsztatowi pisarza – jest nawet zjadliwa. Z szalonym stwórcą zapoznajemy się, gdy ten ma już 240 lat (odkrył bowiem tajemnicę nieśmiertelności), został wygnany z Europy i kontynuuje swoje dzieło w Stanach Zjednoczonych. Teraz tworzy nową, lepszą rasę, by za jej pomocą zawładnąć światem. Frankenstein Koontza najwidoczniej wziął sobie do serca uwagi Asimova, bo ukształtował swoje upiorne dzieci niemalże według wspomnianych praw, na wszelki wypadek montując w ich organizmach zabezpieczenia – stwory nie mogą skrzywdzić ani swojego stwórcy, ani siebie. Jednakże chęć buntu oraz próba odpowiedzi na pytanie „kim jestem?” jest u niektórych przedstawicieli nowej rasy zbyt silna, aby totalnie ją wyplewić.

Tak wygląda życie niewolnika

Niepewność egzystencjalna wydaje się więc zupełnie naturalna dla wszystkich „nowych” Frankensteinów. Podobne niepokoje będą dręczyć choćby androidy z „Blade Runnera” w reżyserii Ridleya Scotta (ekranizacja prozy P. K. Dicka). Replikanci próbują dotrzeć do swojego konstruktora, by rozwiązać zagadkę śmierci, upomnieć się o swoje życie, tym bardziej, że ich czas jest ograniczony – androidy żyją bowiem tylko cztery lata. Gdy spojrzymy w oblicze Roya Batty’ego, naczelnego buntownika wśród replikantów, nietrudno będzie nam dostrzec pomysły wyszarpane wręcz z mitu o Frankensteinie. Postać zagrana przez Rutgera Hauera w finalnych scenach nie przypomina ani człowieka, ani humanoidalnego robota. Jego niebieskawa cera, błękitne oczy i białe włosy uwypuklone przez mroczną aurą nieustannie padającego deszczu, przydają mu nadprzyrodzonego wyglądu – teraz przypomina upiora, jakąś zmorę dobrze znaną z wiktoriańskiej literatury.  

Czytaj też:   Wayne. Pięściami przez życie

O swoje prawo do życia nie do końca mają odwagę upominać się za to bohaterowie świetnej książki Kazuo Ishiguro pt. „Nie opuszczaj mnie”. Pisarz stworzył w niej alternatywną wizję naszej rzeczywistości, w której jednym ze sposobów utrzymywania ludzi w zdrowiu, jest tworzenie klonów, dorastających w odizolowanych ośrodkach. Ich smutnym przeznaczeniem jest regularne przekazywanie organów – wątroby, nerek czy serca – „normalnym” ludziom. Historię poznajemy z perspektywy tychże klonów, które w niczym nie różnią się od reszty społeczeństwa – tak samo czują, kochają, myślą. Są jednak regularnie przygotowywane do swojej roli, mimo strachu nie buntują się. Są bowiem przekonani, że na tym polega ich życie.

Buntuje się za to czytelnik, któremu okrutnym procederem wydaje się „hodowanie” sztucznych ludzi w celu ratowania tej „lepszej” i „prawdziwszej” części społeczeństwa. Dziwne uczucie, żyć w strachu, co? – pyta dysydent Batty łowcę Deckarda, odwracając na chwilę role. – Tak właśnie wygląda życie niewolnika.

Brzydkie kaczątko wygnane z podwórka

 „Frankenstein” to nie tylko historia o zemście nauki. To także mądra opowieść o samotności i odtrąceniu. Monstrum nie jest tak naprawdę monstrum – nie rodzi się z natury złe. Przyczyny jego nieszczęść tkwią w jego potwornej powierzchowności. Stwór Frankensteina dopiero staje się zły, gdy odrzucony najpierw przez swojego ojca, a potem przez resztę społeczeństwa, zmaga się z przykrym uczuciem wyobcowania i poniżeniem. Żąda więc od doktora, by ten stworzył podobną jemu towarzyszkę. Gdy obietnica nie zostaje spełniona, dokonuje zemsty.

W „Penny Dreadful” potwór otrzymuje schronienie i pracę w teatrze, gdzie ukryty za kulisami pociąga za sznurki scenografii. Swoje zadanie wykonuje w cieniu, nie musi pokazywać twarzy. Jest jak spłoszone zwierzę kulące ogon, kryjące się w kącie. Ale tylko do czasu – w każdej chwili może wybuchnąć i… odgryźć rękę. Gdy jedna z aktorek okazuje stworowi litość, on przychodzi po więcej, nie potrafi opanować swoich instynktów. Zło zewnętrzne wrosło do mojego środka – zwierza się swojemu stwórcy.

Mit Frankensteina także i w tym wymiarze staje się zatem wciąż aktualną parabolą. Z jednej strony widzimy, jak zło rodzi się ze zła, z drugiej mamy okazję do refleksji na temat ludzkiej urody, naszej okrutnej reakcji na to, co brzydkie i inne. W starym francuskim horrorze pt. „Oczy bez twarzy” pewien genialny chirurg próbuje uratować swoją zmasakrowaną w wypadku córkę od odrzucenia. Dlatego uprowadza inne młode dziewczyny, żywcem ściąga z ich twarzy nienaruszoną skórę i stara się ją przeszczepić córce. Kolejne przeszczepy zawodzą, skóra na nowej „właścicielce” obumiera, tak jakby nauka opierała się okrucieństwu. W filmie Georgesa Franju na dwa sposoby odzywa się Mary Shelley – dotyka problemu moralności nauki, a także podnosi temat ludzkiej powierzchowności. Opowieść kończy mocnym akcentem. Wyrządziłem tyle zła, by dokonać cudu – powie morderczy doktor tuż przed tym, jak zostanie zagryziony przez psy, kolejne ofiary swoich makabrycznych eksperymentów.

Na końcu bajki o Pinokiu pajacyk staje się chłopcem. A gdyby tak na zawsze został pajacykiem? Czy mógłby liczyć na szczęście?

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach nieistniejącego już bloga cdp.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 


[i] 1. Robot nie może wyrządzać człowiekowi krzywdy ani też swą bezczynnością dopuścić do wyrządzania mu krzywdy. 2. Robot winien podporządkować się wszystkim wydawanym przez człowieka rozkazom, z wyjątkiem tych, które są sprzeczne z Pierwszym prawem. 3. Robot powinien dbać o własne bezpieczeństwo w takim stopniu, w jakim nie jest to sprzeczne z Pierwszym prawem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *