festiwale

American Film Festival 2018. O ulubionych filmach.

Pakując walizkę na 9. American Film Festival, gorąco sobie obiecywałam, że tym razem na bieżąco będę relacjonować na FB, co już obejrzałam i jak mi się podobało. Nie wyszło. Filmy leciały jak szalone, jeden za drugim, podobnie jak dni. Nim się obejrzałam, trzeba było wracać, spóźnionymi pociągami, wydłużonymi trasami. Dopiero teraz, spóźniona jak ten pociąg, próbuję poskładać wrażenia z kinowych sal. Że nowe „Halloween” to czadowa niespodzianka, a filmy Alexa Rossa Perry’ego („Her Smell”) i Sebastiana Silvy („Tyrel”) to moi faworyci. Że Claire Denis nakręciła coś takiego, że ludzie tłumnie wychodzili z sali, co można wziąć za dobry lub zły omen, jak kto woli. Że „Narodziny gwiazdy” oglądało się fajnie, ale tylko do czasu, bo potem wszystko się posypało, choć wniosek został słuszny – słaby pop zabija. Festiwal kończyłam „Braćmi Sisters” i wspaniałą sceną powrotu na łono matki. W sumie obejrzałam 15 filmów, nie zasnęłam na żadnym i jestem zadowolona. 

Po kilka zdań o ulubionych tytułach:

Halloween, reż. David Gordon Green

Rozepchała się „Suspiria” łokciami tej jesieni i to ona spośród halloweenowych seansów wydaje się kumulować najwięcej uwagi, kontrowersji, oczekiwań. Przynajmniej w moim internecie. „Halloween” w tym starciu to ten mniej atrakcyjny przeciwnik – trochę cherlak, kolejna próba, odgrzewany kotlet z posiwiałą panią w roli głównej, ledwie slasher, czyli nic na serio. A jednak. Kiedy na ekran wjechała czołówka z wiadomym motywem muzycznym, ciarki, które poczułam na plecach, były prawdziwe. Nostalgia to czasem sprawa dużej wagi i cieszę się, że tym razem udało się to uszanować. 

Nie spodziewałam się, że będzie to film przede wszystkim dowcipny. Ale nie tego rodzaju humorem, który szybko się nudzi, a potem staje się nieznośny. Nowe „Halloween” przerabia slasherowe schematy w przewrotny, a nawet sympatyczny sposób – odwraca role i wodzi za nos. Bezpretensjonalnie, z energią i masą stylistycznych sztuczek, choćby z wykorzystaniem przestrzeni i światła, skradającej się jak za dawnych lat kamery. Gdzieniegdzie przyciśnie, niemal przesadzi, ale ani na moment nie traci z oczu carpenterowskiego wzorca. Poza tym dzieją się tu fantastyczne rzeczy. Drugoplanowi bohaterowie są fajni, ale padają jak muchy, Mayers wchodzi w skórę Laurie, Laurie – straumatyzowana i uzbrojona po zęby – staje się Mayersem, trzy pokolenia kobiet próbują się uporać z nadprzyrodzonym złem, które jest naprawdę nadprzyrodzone. I jest w tym moc, zabawa, potęga mitu, ale też szczypta egzystencjalnej pustki. Zwłaszcza w oczach Laurie. Nowe „Halloween” to film wielu uciech. Można się na nim bać, można się śmiać, można poczuć nostalgię. Ale warto się przedtem rozluźnić. Jesteśmy w świecie boogeymana, tutaj wszystko może się zdarzyć.

Czytaj też:   Wolę zostać w kinie. Nowe Horyzonty 2019. Relacja

Bracia Sisters, reż. Jacques Audiard

Na pierwszy rzut oka ewenement w filmografii francuskiego reżysera, bo po angielsku, a do tego western, na drugi zaś opowieść jakby uszyta na jego miarę. Kolejna już audiardowska ballada o mężczyznach zawieszonych między dwoma światami: brutalnym, warunkowanym przez płeć i otoczenie oraz łagodnym, ujawniającym się na przekór płci, z głębi serca. Tytułowi bracia to płatni zabójcy, tyle że jeden z nich przemoc uwielbia, a drugi przemocą się brzydzi, pragnąc dla siebie spokojnego, romantycznego życia. Prócz tej dwójki jest jeszcze rezolutny chemik oraz śledzący go elegancki zwiadowca – przynależni do świata Dzikiego Zachodu, a jednak do niego niedopasowani, zbyt łagodni, w dodatku z utopijnymi marzeniami. Całą czwórkę połączy misja, która skomplikuje się co najmniej kilka razy, by ostatecznie dowieść absurdu przemocy zarówno w czasach postępu cywilizacyjnego na amerykańskim zachodzie, jak i w przypowieściowym, uniwersalnym sensie – w jakimś zawsze i wszędzie.

Zaskoczyła mnie tonacja filmu. Pierwszy zwiastun zapowiadał szaloną, obsianą żartami przygodę i choć w jakimś stopniu to się spełniło, zabawowy nastrój łatwo ustąpił kontemplacyjnej, powolnej narracji. Podobnie zresztą było w książce Patricka deWitta, stanowiącej podstawę scenariusza – zaczynała się z przytupem, od zawadiackiej komedii, by ostatecznie przeciążać się na szalę dojmującej melancholii. Miło przyznać, że udała się Audiardowi ta wycieczka na Dziki Zachód. Poruszyło mnie zwłaszcza zakończenie – przewrotne, utopijne, niemal baśniowe, rozbrajające gatunek. Gdzie od nabitej broni bardziej liczy się ciepło objęć matki. Gdzie łza na policzku to żaden wstyd.

Her Smell, reż. Alex Ross Perry

„Słodkie żywioły we mnie śpią, mogę lawiną runąć złą…” – zanuciłaby bohaterka „Her Smell”, gdyby przymiotnik „słodkie” podmienić na coś trafniejszego, coś z drugiego bieguna. Destrukcyjne? Toksyczne? Zabójcze? Becky to liderka punkrockowej grupy Something She. Kobieta niestabilna, narcystyczna, egoistyczna, niespełna rozumu i uzależniona od narkotyków. Film jest zapisem jej upadku i podnoszenia się z kolan. Niecodzienny, bo nakręcony w pięciu długich scenach, w większości rozegranych na koncertowym backstage’u, czyli w chaosie, napięciu i tymczasowości narkotycznej biby, staje się czymś więcej niż opowieścią. Podobnie jak u Gaspara Noe to film-doświadczenie. Zamiast przyglądać się z boku, jesteśmy w centrum wydarzeń. Opuszczamy ciepełko komfortu i schodzimy do piekła. A w piekle rządzi Ona i jej duszny zapach. To ulubiony temat Alexa Rossa Perry’ego – samolubni toksyczni ludzie. 

Becky to żywioł, który napędza horror (fantastyczna, spalająca się w tej roli Moss). Napastnikiem, który manipuluje krążącymi wokół niej ludźmi: menadżerem, koleżankami, rodziną. Pełna przesady i wciąż na ostrzu noża. Nigdy nie wiesz, kiedy wybuchnie, jak się zachowa. Czy skrzywdzi siebie, kogoś, czy trzeba będzie się za nią wstydzić. Film ogląda się ciężko, a jednocześnie trudno oderwać od niego wzrok. Bardzo sugestywnie odwzorowuje emocje towarzyszące przebywaniu z niestabilną/uzależnioną osobą – napięcie i lęk, które każą śledzić każdy jej gest i poddawać go natychmiastowej interpretacji. Czuwać, być przygotowanym na interwencję. Nawet gdy Becky mozolnie odzyskuje twarz i stabilizację, nie może odzyskać całkowitego zaufania – zarówno bliskich, jak i widzów. Strach przed powrotem emocjonalnego potwora jest nieuleczalny.

Czytaj też:   Wolę zostać w kinie. Nowe Horyzonty 2019. Relacja

Tyrel, reż. Sebastián Silva 

Jesteś na imprezie, na którą wyciągnął cię znajomy. Ty nikogo tu nie znasz, a oni wszyscy znają się doskonale, są przyjaciółmi od lat. Jak się wśród nich czujesz? Niezręcznie? Obco? Pewnie trochę jak Tyler, bohater nowego filmu Sebastiána Silvy, który na kumpelską popijawę w chatce na odludziu trafił jakby na doczepkę. Uśmiechnięty i demonstrujący swój luz, ale przy tym ostrożny. Przybysz z zewnątrz, który jeszcze nie wie, co w kim drzemie i na co może sobie w nowym towarzystwie pozwolić. Alkohol leje się strumieniami, atmosfera się zagęszcza, coś wisi w powietrzu. O jeden nietrafiony żart za daleko, o jedną pijacką zagrywkę za dużo i…

Ze względu na punkt wyjścia (czarnoskóry wśród białych jako źródło napięć) „Tyrela” można zestawić z „Get Out” Jordana Peele'a. Z tą różnicą, że chilijski reżyser jest bardziej uniwersalny, nie ogranicza się do kontekstu rasowego. Jego bohater to zarówno reprezentant konkretnej mniejszości, jak i wszystkich obcych, którzy z bagażem niepewności wchodzą w zamkniętą, nie zawsze przychylną społeczność. I nie tylko. Drobiazgowy w obserwacjach film prócz niezręcznego zachowania przybysza i opresji otoczenia, znakomicie oddaje również ogólną dynamikę zakrapianej imprezy przypominającej stąpanie po krawędzi. Kumpelska popijawa to wzburzony kocioł, w którym nieustannie dochodzi do mniejszych i większych spięć, rozładowań i tarć, blisko wybuchu. Wcześniej akcentowane uprzedzenia rasowe w momentach kulminacyjnych są już tylko jedną z drażliwych kwestii, na równi z poglądami politycznymi, religijnymi i wszystkimi innymi. Silva doskonale buduje napięcie niemal jak z horroru, jest przewrotny i igra z oczekiwaniami widza, ale – znowuż w odróżnieniu do Peele'a – nie wchodzi w groteskę. Jego film oddaje prawdę chwili, naturalność zachowań i dialogów. Bo każdy z nas był kiedyś na podobnej imprezie. A wielu nawet nie zauważyło, jak bliska była katastrofy.  

Bardzo podobały mi się również:
– "Złe wychowanie Camron Post", reż. Desiree Akhavan,
– "High Life", reż. Claire Denis,
– "Dollhouse: Jak amerykańska popkultura pozbawia kobiety podmiotowości", reż. Nicole Brending. 

Wrocławski wiatr i ja


 

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *