Na portalu Kinomisja, w zbiorowym teście o ulubionych filmach noir, napisałam o niniejszych dwóch, a pozostali autorzy o wielu innych. Opasłe w treści zestawienie ukazało się w dwóch częściach: tu i tu.  

Ride the Pink Horse reż. Robert Montgomery

Ride the Pink Horse to osobliwy przypadek wśród filmów noir. Choć wzorowo „odhacza” reguły stylistyki, to robi to w ekscentryczny sposób – trochę parodiuje, trochę igra, często rozśmiesza. Nie sposób jednak uznać tego za wadę, szczególnie, że ta historia ma swój ciężar – mimo humoru, bywa brutalna, mimo jowialnego nastroju, porusza.

Oto jesteśmy w niewielkim miasteczku w Nowym Meksyku. Jest gwarno i wesoło, bo lada dzień odbędą się obchody lokalnego święta. Do miasteczka, nie inaczej jak w celach zemsty, przybywa rozgoryczony i gruboskórny Gagin. On, podobnie zresztą jak inni bohaterowie (m.in. łasa na kasę femme fatale czy klasyczny gangster) stworzeni zostali na kształt archetypowych figur czarnego kina. Figur, ale z emocjami i mocno bijącym sercem. Taki jest zwłaszcza główny bohater, którego poznajemy jako poturbowanego przez wojnę, martwego dla świata cynika, by potem śledzić jego ścieżkę ku odkupieniu. Przejdzie ją w towarzystwie równie dziwacznym jak sam film – wraz z wesołym, wiecznie pijanym Meksykaninem i wiejską, bezpretensjonalną dziewczyną o wyglądzie Dorotki z Oz. To u nich znajdzie pomoc na ostatniej prostej tej drogi. Karuzela wówczas będzie grać, tłum będzie się bawił, Gagin zaś będzie umierał, ale tylko (i aż) po to, by powstać z martwych, a tym samym zostawić za sobą dawne traumy. Budujące przesłanie jak na standardy noir. 

Ride the Pink Horse to świetnie napisany film także w sferze dialogowej. Nic dziwnego, skoro to adaptacja książki Dorothy B. Hughes, autorki literackiego pierwowzoru słynnej Pustki (1950).

Czytaj też:   Cielesne męki Jeremy'ego Ironsa w filmach Davida Cronenberga

List reż. William Wyler

Bohaterka Listu zabija już w pierwszej scenie i – jak się wydaje – robi to z zimną krwią. Nie znamy przyczyn tej zbrodni, a w składane przez sprawczynię zeznania nie jesteśmy w stanie uwierzyć. Od mocnego i zagadkowego punktu wyjścia rozpoczyna się historia silnej, wyrachowanej kobiety i jej walki o przetrwanie, czyli – próby wyjścia z beznadziejnej sytuacji z twarzą i uniknięcia odsiadki. Mistrzowsko odegrana przez Bette Davis bohaterka bez oporów korzysta z oręża zwykle przypisywanego „złym kobietom” – kłamie, odgrywa rolę ofiary, owija mężczyzn wokół palca. A oni, potulni jak owce, wierzą jej, a jeśli nawet nie – skłonni są dla jej dobra zaryzykować dobre imię i karierę. Nonszalanckie podejście do swojej zbrodni, wkrótce okazuje się mieć drugie dno, z kolei nasza femme fatale zaczyna wzbudzać u widza już inne, bardziej złożone emocje. Moment spowiedzi, podczas którego ostatecznie zrzuci maskę, inteligentnie zmienia wydźwięk opowieści – bohaterka nie jest już kobietą bez serca, ale przeciwnie – kobietą, która czuje więcej i inaczej niż inni. Nieprzystosowana do reguł życia przykładnej żony nudnego plantatora, zmierza ku tragicznemu finałowi. Nie, nie będzie już dziergać koronek. Wejdzie za to w mrok, podążając wprost za światłem księżyca w pełni. 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *