miłość od pierwszego ugryzienia 1

Istnieje taki rodzaj kina, który szczególnie lubię – kino małe, skromne, uczuciowe, „zwyczajne”, może nawet zbyt „zwyczajne” na tle bombastycznych, ekranowych hitów. To kino zwykle niedocenione, przynajmniej u nas. W osobistej hierarchii do jego przykładów zaliczam m.in. dwa niedawno obejrzane debiuty: „Miłość od pierwszego ugryzienia” („Les combattants”) Thomasa Cailleya oraz „Dziką” („WildLike”) Franka Halla Greena.

Pierwszy z nich – u nas znacznie głośniejszy, wyświetlany w polskich kinach, a poza tym nagrodzony w Cannes – nie zyskał wśród rodzimych widzów szczególnej aprobaty (skandalicznie niska ocena na filmwebie – 5,7). Drugi to tytuł praktycznie nieznany, choć gdyby nawet miał ku temu okazję, prawdopodobnie nie zrobiłby furory. Oba te filmy, mimo że realizowane na różnych kontynentach, łączy wiele cech wspólnych. 

miłość od pierwszego ugryzienia 2

Oba rysują przekonujące portrety kapitalnych, młodych i impulsywnych, choć w gruncie rzeczy bardzo wrażliwych bohaterek (nastoletnia, zamknięta w sobie Ella Purnell oraz starsza, charakterna, bardzo cielesna Adèle Haenel). Oba ciekawie wtłaczają akcję w bujny krajobraz natury, rozumnie korzystając z jej dobrodziejstw (w „Les combattants” są to malownicze lecz niepokorne krajobrazy francuskiej prowincji, w „WildLike” to dzika Alaska). Tu i tu mamy również męskiego bohatera jako autorytet/opiekuna (we francuskim filmie to romantyczny, szlachetny Kévin Azaïs, w amerykańskim – znacznie starszy, surowy przewodnik po dzikim świecie, Bruce Greenwood). Także sam koncept w obu filmach jest podobny – oryginalny i zaskakujący.

„Miłość od pierwszego ugryzienia” zaskakuje pomysłem (obóz wojskowy, wywrócenie damsko-męskich ról, apokaliptyczna paranoja oryginalnej bohaterki), a w pewnym momencie także zmianą konwencji. Film pod płaszczykiem „normalności” okazuje się wywrotowy – trochę szalony, czasem komediowy, czasem bardzo na serio, miesza gatunki. Niestety osobliwa, filmowa mikstura okazuje się nie do wytrzymania, albo raczej – nie do zrozumienia – dla widzów oczekujących „zwyczajnej komedii romantycznej". Film niesłusznie upchnięto więc na margines, nie zaufano.

W „WildLike”, chyba raczej pomyłkowo skategoryzowanym na filmwebie jako thriller, fabuła również rozgrywa się w poniekąd brawurowy sposób. Oto pogubiona czternastolatka postanawia uciec od brutalnego życia, wybierając dla siebie ryzykowny, partyzancki scenariusz – podróż do rodzinnego domu przez niebezpieczną Alaskę, bez przygotowania, za to z młodzieńczą wiarą w to, że jakoś to będzie. Film nie oferuje jednak przygody, przynajmniej nie w najpopularniejszym tego słowa znaczeniu – to niespieszna, bardzo delikatna, czasem niewygodna i rozdzierająca historia cichej przemiany.

WildLike Production Stills

Oba tytuły dają zatem od siebie wiele więcej, niż można by dostrzec przy powierzchownym odbiorze. Pięknie mówią o młodości, uczuciach, przyjaźni, przyjemnie poddają się interpretacji, można się nad nimi zadumać i wzruszyć. W obu przypadkach to wrażliwe, mądre, świetnie napisane i świetnie zagrane kino ku pokrzepieniu serc. Tego przynajmniej, co drzemie w nich gdzieś tam, na samym dnie, przygniecione ciężarem modnego cynizmu. Polecam. 

WildLike Production Stills


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *