Książka

Glendon Swarthout, „Eskorta”. Western nieromantyczny.

eskorta-2

„Eskorta” Glendona Swarthouta to western zupenie nieromantyczny. To historia wyzbyta właściwej dla gatunku nostalgii, w której  mity o bohaterskich osadnikach nie błyszczą w słońcu, a upadają z każdą kolejną stroną.

Autora "Eskorty" tak naprawdę nie interesują mity, a coś zupełnie odwrotnego – zamiast piękna amerykańskiego Zachodu bierze się za bary z niewygodną historią osadników. Nie obchodzą go wielcy bohaterowie, ale wielcy przegrani. Ludzie wątli fizycznie i psychicznie, którym osadnicza dola dopiekła na wszystkie możliwe sposoby.  

Osią fabuły jest długa i trudna podróż sumiennej, samotnej starej panny, która za pomocnika bierze sobie uratowanego ze stryczka podejrzanego typka – dezertera z niejasną i niechlubną przeszłością. Ich zadaniem jest przewiezienie na wschód czterech chorych psychicznie kobiet. Duet to co najmniej osobliwy – Mary Bee Cuddy jest moralna, honorowa, porządna i uparta (jak osioł – powiedziałby jej towarzysz), ale też niezbyt urodziwa. Zaś George Briggs to taki trochę błazen, trochę pijaczyna, który honor ma gdzieś, przynajmniej do czasu. We dwójkę wiozą bagaż nie tylko w postaci dziwnej „przesyłki”, ale i bagaż przeszłości. Oboje są wyrzutkami społeczeństwa. Nie pasują do normalnego życia, w końcu okazują się zgraną, choć kaleką drużyną.

„Eskorta” to smutna książka. I nie chodzi tu tylko o dramatyczne zwroty akcji (kto nie czytał, a widział filmową adaptację, ten wie), ani też o dojmujący punkt wyjściowy. Równie bolesne okazują się chłód, dystans oraz bezkompromisowość, z jakimi autor opisuje szaleństwo i beznadzieję życia osadników, a także chwiejność i słabość rodzącej się nie w chwale, ale w bólach cywilizacji.

Operuje przy tym „nieparzystymi”, niedopasowanymi do siebie kategoriami. Piękno miesza z okrucieństwem, siłę ze słabością, dobro ze złem, a odwagę z tchórzostwem. W jego opowieści echem odbijają się pytania o granice szaleństwa oraz cielesnej i psychicznej wytrzymałości wobec bezprawia, samotności, brutalności w życiu społecznym i prywatnym, wykluczenia i sił przyrody.

Autor pochyla się nad losem kobiet, które u niego są zupełnie inne niż w popularnych westernach. Rezygnuje z dobrze nam znanego ideału kobiety odważnej, moralnej i pracowitej, doskonałej partnerki osadnika i ucieleśnionego fundamentu cywilizacji. U Swarthouta kobiety w trudnych warunkach wariują. Jedyna, która zachowuje rozsądek, jest skazana na samotność (nikt jej nie chce, skoro nie jest pięknością), a następnie na bolesną przegraną. Kobiety są tu największymi odmieńcami, ale mężczyźni przecież też mają pod górkę. Dowodzi tego choćby wyzbyte nadziei zakończenie książki.

Swarthout nie jako pierwszy wywraca w literaturze do góry nogami wielkie tematy Zachodu. Bodaj najsłynniejszym literackim „antywesternem” jest powieść „Witajcie w Ciężkich Czasach” E.L. Doctorowa, która powstała ponoć z rozczarowania autora westernami, jakie znał. W jednym z wywiadów Doctorow powiedział: „Zasadniczo książka oparta jest na dwóch ideach: pierwsza to jałowość krajobrazu, a druga to fakt, że większość ludzi, którzy tam pojechali i zdobywali Zachód, przegrała, została pokonana przez to życie.” Jego słowa mogłyby stanowić motto „Eskorty”, tyle że Swarthout zdaje się podchodzić do tematu inaczej. Jego odtrutką na mit życia pionierów nie jest jego przeciwieństwo, czyli kolejny mit, tyle że złego Zachodu. W „Eskorcie” najważniejsza jest naga prawda.

Wielkim atutem tej książki jest skrupulatność i dociekliwość historyczna. Swarthout oparł ją na historiach zaczerpniętych z dzienników osadników, badał źródła i sam wybrał się w podróż szlakiem swoich bohaterów. Dzięki temu jego opowieść jest nie tylko ludzka, ale zawiera też żywy opis ówczesnych procedur i zwyczajów (jak wywożenie psychicznie chorych, budowanie „papierowych miast” czy zajmowanie działek przez dzikich lokatorów podczas nieobecności właścicieli).  

Sięgając po książkę, byłam już po seansie jej filmowej adaptacji. Okazuje się, że z wyjątkiem kilku szczegółów Tommy Lee Jones, reżyser „Eskorty”, drobiazgowo podążył za literackim oryginałem. Miałam nadzieję, że książka bardziej niż film pomoże mi wejść w głowy, myśli bohaterów. Ich zachowania bywają przecież zaskakujące, a konsekwencje tych zachowań – tragiczne i szokujące. Ale ona tego nie robi. Trochę więcej dowiedziałam się o George’u Briggsie, o Mary Bee Cuddy prawie nic (w książce jest znacznie mniej atrakcyjna niż aktorka, która wciela się w jej postać – Hilary Swank). Chłodny, prosty i sprawozdawczy język nie daje tej szansy. Ale jak ulał pasuje do tej opowieści – wartkiej, choć niełatwej. No ale wiadomo, że rozprawianie się z mitami nie może być łatwe.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *