Książka

Za długa książka wcale nie o miłości

krótka książka o miłości recenzja

Na Karolinę Korwin Piotrowską lepiej machnąć ręką. Bo i po co się denerwować. Niestety nie jest to takie łatwe, szczególnie gdy się bywa w księgarniach. Tam – nachalnie, z zaskoczenia i często z centralnego punktu lokalu – Karolina szczerzy się do nas w uśmiechu samozadowolenia. Przypuszczam, że „Krótka książka o miłości” nieźle się sprzedaje. Być może nawet  to najchętniej kupowana w ostatnim czasie książka o filmach. Jej druga część już się pisze, a wkrótce ktoś zaprojektuje do niej okładkę. Czy Karolina i tym razem będzie się z jej grzbietu uśmiechać? Z pewnością, choć adekwatniej by było, gdyby się rumieniła. Nie inaczej jak ze wstydu.

Zacznijmy od początku. Kochany Czytelniku (…) nie bój się, to nie jest kolejna nudna opowieść o filmach i kinie, pisana językiem zrozumiałym tylko dla wybrańców. – w ten z założenia zachęcający sposób Korwin Piotrowska rozpoczyna swoją publikację. „Wybrańcy” to m.in. „krytycy filmowi”, którzy – jak tłumaczy autorka – recenzje piszą wyłącznie dla siebie. Ewentualnie dla kilku kolegów, za nic mając potrzeby przeciętnego odbiorcy, który trudnych terminów przecież nie rozumie. Gdyby nie traktować autorki poważnie, można by spać spokojnie. Niestety książka Karoliny to przejmująco smutna i dość symptomatyczna lektura – zarówno dla pewnych rejonów dyskursu filmowego na miarę XXI w., dziennikarstwa samego w sobie, jak i jego odbioru. A tego nie sposób traktować z chłodnym spokojem.

Licencja na głupotę

A więc Piotrowska diagnozuje krytykę filmową. Diagnoza wydaje się mało trafna, wszak prędzej bylibyśmy skłonni wytknąć dzisiejszej krytyce banał zamiast przesadną fachowość. Nie to jednak w tym wstępie drażni najbardziej. Denerwująca po stokroć wydaje się przynęta na „jedną z nas”, stanowiąca nic innego jak zezwolenie na bycie bezdennie głupim.

W tym asekuranctwie i jednoczeniu się ze „zwykłym odbiorcą” Piotrowska przypomina nieco wybranych przedstawicieli polskiej blogosfery. "Nie oczekuj klasycznej recenzji" czy "nie jest to profesjonalna recenzja" – zaznaczają niektórzy blogerzy/vlogerzy na wstępie swoich tekstów/nagrań, oddzielając grubą kreską „zwykłego widza” od „nudnego krytyka” i przypisując się z dumą do tej pierwszej grupy. Na ile jest to próba zbratania się z odbiorcą, a na ile usprawiedliwienie przed nierzetelną argumentacją, brakiem przygotowania i niechlujnym językiem? – oceńcie sami.

Czemu tu się jednak dziwić? Czy zaskarbianie sympatii czytelnika nie wiedzą, ale postawą: „patrz, mówię jak wy, prosto i ludzkim głosem” zaskakuje w społeczeństwie, w którym nie czyta się książek, ani nawet dłuższych artykułów? A żeby zdać pisemną maturę z języka polskiego, wystarczy odpowiedzieć na kilka prostych pytań dotyczących krótkiego, popularnonaukowego tekstu? W tej rzeczywistości wnikliwa recenzja faktycznie wydaje się przeżytkiem. Magazyn „Kino” – wcześniej czytelny dla każdego w miarę wyedukowanego człowieka – jawi się dzisiaj jako czasopismo eksperckie, za trudne, mało atrakcyjne. Władzę natomiast przejmują niskich lotów blogi i lakoniczne recenzyjki na filmwebie. Granica wyraźnie się przesunęła – to już nie akademicy wytykają krytykom banalizowanie tematu i laicką kinofilię, jak to było dawniej, ale szary lud ma w nosie krytyków, którzy przesadnie „akademizują” (czytaj: piszą zdaniami złożonymi, pogłębiają temat i używają słów niepopularnych). Fajniej jest przecież na filmwebie.

woody allen

Allen byłby dumny

Ale wróćmy do Karoliny i jej języka, bo to bardzo ciekawy temat. Karolina pisze: Mój język dzięki filmom Allena na pewno się zmienił i wyostrzył. Nie ma świętości. Nie, nie pójdę do terapeuty, ale mam znajomych, którzy chodzą i oczywiście robię z nich bekę. Nie wnikajmy, co ma język do terapeuty, bo to nieistotne. Zastanówmy się prędzej, co ma koszmarne słowo „beka” do „ostrości języka”, co robi w poczytnej książce o filmach i jaki redaktor na to pozwolił. No cóż, przypuszczam, że redaktor nie miał wyjścia. Padł ofiarą marketingowej strategii wydawnictwa – bo przecież jakże mógłby poprawiać „ostry”, własny styl autorki, który sprzedaje się w takim, a nie innym brzmieniu?

Prócz „beki” Karolina szafuje takimi słowami i frazami, jak „schiza”, „wypasiony”, „strasznie lubię”, „taka prawda”. Z konsekwencją korzysta z całego dobrodziejstwa licealnego slangu, najwyraźniej zapominając o powinnościach dobrego dziennikarstwa. Zachwyty sprzedaje w ekspresyjny, choć monotonny sposób. „Dobry film” to dla niej za mało. Może być jedynie „megadobry”. „Mega” to zresztą jeden z ulubionych chwytów językowych dziennikarki, dzięki czemu poznajemy cały szereg jego zastosowań: "megadoły", "megagłupia", "megbiznes", "megasuka", "megagwiazda", "megachemia", "megadumna", "megahit", "megasukces", "megakupa z przewagą kupy" (<3), "megasprytny", "megasexy" (uwaga! to w odniesieniu do Jacka Nicholsona!), „megakasa" czy "megasłabo”. Pomyli się ten, który przypuści, że „mega” to ulubione słowo autorki, niemal tak ważne, konieczne wręcz, jak spójniki czy znaki przystankowe. Palma pierwszeństwa należy do innego, popularnego (jakby to Karolina napisała: „sprostytuowanego”) słówka-wytrychu. Kreacja, muzyka, scenariusz, rola – jeśli się podobały – są PO PROSTU GENIALNE. Zrobiłam eksperyment i podliczyłam – odmianę słowa „genialny” dziennikarka zastosowała w swojej książce 85 razy.

W takie wyliczanki można by się dłużej pobawić – liczba powtórzeń, natręctw i klisz językowych, jest tu wręcz nie do uwierzenia. Redaktor płakał, jak poprawiał? I co na to Woody Allen?

Prosto, prościej, prostacko

Sposób pisania Korwin Piotrowskiej to bardzo wyraźny (karykaturalny?) przykład popularnej tezy, że należy pisać tak, jak się mówi. Skoro więc w użyciu werbalnym Piotrowska język kaleczy, to tak samo (albo bardziej) morduje go na papierze. Tyle że papier jest bezlitosny – wyzbyty ekspresji mowy i ulgi spontaniczności, wyraźniej niż telewizja obnaża biedę języka. Dziennikarkę można by bronić, uznając, że takie pisanie to "mocny", kontrowersyjny styl. Ja pytam jednak: gdzie kończy się styl, a zaczyna nieudolność językowa? I czy nieudolność językowa może być stylem lub kontrowersją?

Prostota języka w domorosłym dziennikarstwie to zresztą interesujący temat, nad którym przy okazji książki Piotrowskiej warto się pochylić. „Pisz tak, jak mówisz” – to jedna z najpopularniejszych porad dotyczących pisania. Powielana niemal w każdym poradniku stała się dla wielu piszących (zwłaszcza blogerów) niepodważalną dyrektywą, świętością. Szkoda jednak, że hołubiąc ją, przy okazji wypaczono jej znaczenie, stawiając ubogość językową ponad treść. „Prosto” staje się dzisiaj odpowiednikiem „prostacko”. „Jasno” znaczy często tyle co „ubogo”. Pamiętam jedną z dyskusji na temat krytyki filmowej, w której brał udział zasłużony Tadeusz Sobolewski. Krytyk owszem, opowiedział się za nowoczesną zwięzłością pisania, rozumiejąc ją jednak w zupełnie inny sposób. Przyrównał bowiem pisanie recenzji do tworzenia poezji. To sztuka upchnąć maksimum treści w zdania proste i klarowne. Nie tylko Piotrowska tego nie potrafi.

drive

Jak pisać o „Drive”  

Język Piotrowskiej to nie inaczej jak zasłona dymna. Autorka szybko ujawnia się jako praktyk wodolejstwa, w którym całe akapity służą niczemu innemu, jak mówieniu po to, by mówić, ale nic nie powiedzieć. Nie od dziś znamy ten sposób na zamaskowanie braków w wiedzy czy luk w rozumowaniu – wszyscy go uprawialiśmy już w szkole podstawowej. No ale świat byłby przecież piękniejszy, gdyby te niecne praktyki zostawić w szkolnej ławie, szczególnie gdy aspiruje się do zawodu dziennikarza.

Piotrowska niewiedzę maskuje słabo (błędy rzeczowe, które namnożyła w swojej książce, wyliczał już Zwierz Popkulturalny). Stara się jednak, by jej wodolejstwo postrzegać inaczej – nie jako pustosłowie, ale pisanie intymne, subiektywne, pełne osobistych emocji. Szkoda jednak, że z tego pisania wyłania się obraz emocjonalności kalekiej, ubogiej i błahej. „Maratończyk” określa się tu jako opowieść, po której można „znienawidzić treningi do maratonu”, „Dawno temu w Ameryce” jako „film nie dla antysemitów”, a „Psychozę” jako arcydzieło, po którym „strach wejść do łazienki”. Trudno powstrzymać się od zgryźliwości, gdy Piotrowska ową błahość wytknie całemu światu, od siebie odwracając uwagę: W czasach, kiedy banalizuje się wszystko, niemal nikt nie szuka ukrytych znaczeń, a w filmach, wzorem głupawych i mdląco kolorowych seriali dla mas, trzeba ludziom tłumaczyć wszystko, jakby byli pantofelkiem albo meduzą. Czyli niezbyt myślący. Niezbyt inteligentni. Niemal ślepi.

Zamiast zastanawiać się nad głębią tego gorzkiego fragmentu, spójrzmy lepiej na akapit dotyczący „Drive”. Oto bowiem świetny przykład, jak według Piotrowskiej pisać emocjami:

Ustalmy coś: to nie jest film, który zmieni życie albo będzie jak katharsis. Po jego obejrzeniu zrobisz na pewno, drogi Czytelniku, dwie rzeczy: kupisz soundtrack z genialną muzyką i jeśli masz prawo jazdy, gdy zasiądziesz za kierownicą, poczujesz się jak król szos, tylko uważaj na punkty karne. Jeśli nie masz prawa jazdy, natychmiast się zapiszesz na kurs. Bo kupienie sobie płyty z tym filmem, żeby go dla przyjemności oglądać w domowych pieleszach, jest po prostu obowiązkowe. Piszę to ja, ktoś, kto nie ma prawa jazdy, a do tego filmu podchodził sceptycznie, bo ileż można oglądać brutalne filmy o mafii.

Ładne, prawda?

Zaalarmowani przez sąsiadów strażacy wpadają do mieszkania, gdzie mieszkało małżeństwo z pięćdziesięcioletnim stażem. Na łóżku znajdują sine zwłoki kobiety obłożone kwiatami.
Miłość. To właśnie to. Tak ona się kończy.
– nie bez poruszenia pisze Piotrowska o „Miłości” Hanekego.

Autorka nie zawsze sili się na oryginalność. Jest nawet przewidywalna. Gdy opowiada o melodramatach, przyznaje się, że na nich "ryczała". Gdy opisuje słynnych aktorów, rozpływa się nad ich powierzchownością. Gdy wspomina o "Pożegnaniu z Afryką", musi dodać, że kiedyś do Afryki pojedzie. Ale w jaki sposób to robi! Majstersztyk.

Kiedyś tam pojadę. Jestem tego pewna. I zobaczę te olśniewające i powalające wolnością oraz pięknem stada dzikich zwierząt, zanim wszystkie pozabija głupi i chciwy człowiek.

Forrest-Gump

Mój faworyt, ulubiony przykład emocjonalnego, z lekka nostalgicznego stylu dziennikarki, to wstęp do analizy „Forresta Gumpa”. Zacytuję ten fragment słowo w słowo, ale… w postaci wiersza. Myślę, że na to zasługuje.

Najpierw zobaczyłam plakat.
Był biały.
Na ławce tyłem do mnie siedział Tom Hanks.
Patrzył gdzieś w górę, a na ziemi stała brązowa teczka.
Tyle.
I informacja, że Tom Hanks będzie Forrestem Gumpem.
 

Dalej Karolina przyspiesza i przy okazji analizy plakatu przemyca smutne uwagi o współczesności.

Nie wiedziałam, co to za facet ten Gump, całostronicowy plakat zobaczyłam w gazecie „Empire”, którą mój ówczesny narzeczony przywiózł mi z Londynu. „Empire” to była, i nadal jest, jedna z najważniejszych gazet filmowych świata. Wtedy mówiłam na nią „angielski »Film«. Tak, kiedyś w Polsce była gazeta „Film”.

W kolejnym akapicie podmiot liryczny wraca do swojego liryzmu.

Plakat wydał mi się piękny.

Jesteście pod wrażeniem? Nic dziwnego, Piotrowska to nie lada erudytka – przynajmniej w ten sposób się kreuje. Wychowała się przecież (cytuję, serio!): „na Puszkinie, Lermontowie, Buninie, Tołstoju czy Czechowie”, zaczytywała się niegdyś w Christie, Chandlerze czy Chmielewskiej, gdy pierwszy raz przeczytała „Imię róży”, od razu zaczęła powtórną lekturę, by ponownie „rozkoszować się jej językiem” i skonsumowała wszystkie książki Fitzgeralda. Już wiemy, skąd w niej tyle romantyzmu. I skąd kunsztowny dobór ulubionych filmów. Jedni na święta do znudzenia oglądają Kevina. Ja wolę Fanny i Aleksandra. – pisze nasza erudytka, zaznaczając wcześniej, że kiedyś nieznajomość Bergmana to był świetny przykład na „niedorozwój umysłowy”.

***

O książce Korwin Piotrowskiej można by jeszcze dłużej. Dla kogoś, kto kocha kino, to raczej niewygodna lektura – trochę przykro się robi, że nasza rzeczywistość dopuszcza istnienie takich potworków, które wyzierają z witryn księgarń, stoją na najważniejszych regałach i straszą z samej lady. Że w dużym wydawnictwie powierza się napisanie niemal 700-stronnicowej (!!!) książki o ulubionych filmach komuś bez wiedzy i warsztatu, o wrażliwości i języku mało rozgarniętej, wyszczekanej licealistki. Gdzieś w głębi duszy, włącza się też troska o tego mitycznego, „zwykłego odbiorcę”, który znowu nie dostał możliwości, by się wreszcie czegoś dowiedzieć. No szkoda.


7 Komentarze

  1. A ja potraktowałam "Krótką…" jako bardzo subiektywną publikację, do głębi osobistą, taki rodzaj spełnionego marzenia – może bez erudycyjnego wyrafinowania, niemniej od serca i w taki sposób, jak pani Karolina Korwin-Piotrowska chciała ją napisać. Czuć pasję i słychać donośny głos płynący spośród kartek – kto kocha kino i tak będzie mieć własne zdanie o każdym z tych filmów i cudze nie liczy się za bardzo (chyba że porównujemy recenzje i nam zależy na tym porównaniu).

    Ten brak nadęcia, powtarzalność ("genialność" bolesna) i język do granic "mówiony" jest tym co oczywiście przemawia do szerszej publiczności najbardziej. To może boleć, mierzić i uwierać, ale spójrzmy prawdzie w oczy – klasyczna krytyka filmowa (jak i literacka) odeszły do lamusa, popadły w samouwielbienie i trafiają do bardzo wąskiego grona czytelników. Szkoda, ale tak to wygląda i z jednej strony chciałoby się buntować, tupać nogami i wskazywać pełne wartości publikacje, ale chyba już nikt nie zwróci na to większej uwagi. Nie jest do końca dobre machanie ręką, ale chyba warto po prostu "robić swoje", czyli samemu sobie stawiać wysoko poprzeczkę i dawać z siebie wszystko bez względu na to, o czym piszemy, o czym mówimy i co robimy. :)

    I jak zwykle Superchrupko Droga – świetny, emocjonalny tekst. :)

    Reply
    1. superchrupka Author

      Dzięki za ciepłe słowa :) :)

      No ale kurczę… nie mogę się z Tobą zgodzić ;) Bo wiesz, co sobie myślę? Między hermetycznym językiem filmoznawców, a totalnym bełkotem, jest jeszcze gigantyczna, wręcz nieograniczona przestrzeń do zapełnienia. Da się ją wykorzystać. W czasach, w których wszyscy oglądają filmy, wylansowanie kogoś, kto pisze ciekawie i efektownie o filmach, a jednocześnie coś o nich wie – postaci nie tylko barwnej, inspirującej, medialnej, ale również błyskotliwej  – nie powinno stanowić problemu. Znalezienie jej też nie.

      Karolina pisze gorzej i bardziej naiwnie niż pisze się na niejednym zupełnie przeciętnym, przezroczystym blogu filmowym. I ja, zupełnie inaczej od Ciebie, nie widzę w tym pisaniu pasji. Widzę pozerstwo, wielkie oszustwo i mydlenie oczu. Pozowanie na mądrzejszą i wrażliwszą niż się jest. To nie jest pasja, to powierzchowne hobby. Snobowanie. Dodajmy, że Karolina nie szanuje swojego czytelnika, często go obraża, uzyskując w ten sposób pozycję silniejszego, przypisując sobie funkcję autorytetu  – czego nie sposób jej wybaczyć.

      Wiesz, zdarzało mi się obejrzeć czasem jakiś program prowadzony przez autorkę. Karolina wytyka gwiazdom, że nie zachowały się z klasą, udzielając tego czy tamtego wywiadu, biorąc udział w takiej, a nie innej sesji, że "dały dupy", że są żenujące, że tak się nie robi. Po czym zrobiła dokładnie to samo w dziedzinie kultury. 

      Błędy rzeczowe, które powinien wyłapać redaktor to też niesmaczna sprawa.

      Nie do końca zgodzę się też z tym, że na lektury bardziej intelektualne nie ma popytu. Przykładem niech będzie ten Koziołek (nakład jego książki pewnie jest mniejszy, ale dziedzina też bardziej hermetyczna, mniej medialna – mimo to już zrobiono dodruk). Czarne bardzo ładnie go wylansowało, w pewnym momencie Koziołka było wszędzie pełno. On w rewelacyjny sposób i z klasą, z prawdziwą miłością do literatury i ogromnym poczuciem misji, połączył "popkulturowe" o niej myślenie, z myśleniem wyrafinowanego badacza. W genialny sposób sprzedał swoją wszechstronną wiedzę. Zainteresował, zainspirował. Nie o to mi chodzi, żeby zastępować Piotrowskie Koziołkami w dziedzinie filmu (choć uważam, że świat byłby wtedy piękniejszy), ale że mimo wszystko – nawet w dzisiejszym zepsuciu i wstecznictwie – jest też popyt na myślenie. Takie książki, jak ten potworek od Karoliny, są moim zdaniem szkodliwe – jeszcze bardziej rozleniwiają umysłowo, nic nie dają, a wręcz przeciwnie – cofają i usprawiedliwiają istnienie na papierze głupot i kalekiego języka. Wiesz… gdyby chociaż był większy wybór w tej dziadzienie. Nie ma jednak wyboru. Szkoda więc, że gdy już wychodzi gruba książka o filmie, to jest aż tak słaba.

      Pozdrawiam serdecznie! :)

      Reply
  2. blannche

    Chociaż książki nie czytałam, a jedynie kilka tekstów na jej temat, wszystkie w tym samym tonie, to wydaje mi się, że to jedna z publikacji pokroju "nieważne co mówią byle by mówili". Zastanawiam się nawet czy nie jest to celowy zabieg by zwrócić na siebie uwagę. Ciekawi mnie jeszcze, bo styl autorki został już szeroko omówiony tylko dobór filmów – może tu się broni ta książka.

    Reply
    1. superchrupka Author

      Raczej nie broni. Dobór tytułów nie jest odkrywczy – chociaż znalazło się tu kilka (dosłownie kilka) wielkich filmów, które laik mógłby przegapić, to jednak większość to tytuły oczywiste i oklepane do bólu ("Ojciec Chrzestny", "Forrest Gump", "Leon Zawodowiec") lub dziwaczne wybory, które na liście ulubionych filmów skonstruowanej bez ograniczeń z całej jego historii wyglądają zabawnie i są raczej marketingowym zabiegiem pod publikę lub kolejnym dowodem na wąskie horyzonty autorki (np. "Gwiazd naszych wina", "Whiplash"). Nie ma tu jakiejś spójnej myśli przewodniej – dobór chaotyczny, przypadkowy. Niektóre gatunki, rejony kina, zupełnie pominięte albo potraktowane i stereotypowo – słabo jak na tyle miejsca do pisania i na kogoś, kto obejrzał "miliony filmów".

      Reply

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *