Pierwotnie tekst w nieco innej wersji ukazał się na łamach nieistniejącego już bloga cdp.pl.

„Marlon Brando dla ubogich” – w ten właśnie złośliwy sposób określono młodego aktora o najbardziej błękitnych oczach w showbiznesie w jednej z recenzji jego kinowego debiutu. „Srebrny kielich”, bo o tym filmie mowa, okazał się porażką na całej linii. Zbyt wydumany, zmanierowany, nieumyślnie śmieszny stał się dla krytyków doskonałym materiałem do maltretowania. Paul Newman, młodzieniec ambitny i zuchwały, musiał się wówczas nieźle przestrzaszyć. Wizja rychłego końca jeszcze na dobre nierozpoczętej kariery stała się aż nazbyt wyraźna.

Liczne porównania z Brando stawały mu kością w gardle. Z TYM Brando, „zwanym pożądaniem”. Jak mógłby się do niego równać? Chudy, nazbyt wykalkulowany, nieco ztywny i jeszcze kompletnie zielony.

A jednak poszło lepiej, niż można się było spodziewać. 

Dawno, dawno temu…

Entuzjaści wielkiej klasyki kina amerykańskiego często wzdychają w nostalgii za tamtym spektakularnym aktorstwem. Taki na przykład Brando – potężny chłop, który na przekór swojej fizyczności specjalizował się w graniu uczuciowym, opartym na emocjach, niemalże cielesnym i instynktownym. Nasza tęsknota – staroświeckich widzów, którzy średnio lubią się z adaptacjami komiksów – dotyczy też tętniących od gniewu, żaru i namiętności dialogów jak z Tennessee Williamsa, a także fabuł, prostych, ale pełnych temperamentu. My, niemodni i niepoprawni kinomani, wciąż pamiętamy o Marlonie Brando. I mimo wszystko… o Paulu Newmanie.

Bo przecież nie ma ideałów

Z Paulem Newmanem sprawa nie jest do końca oczywista. Aktorem był świetnym, a jednak jego talent został w sporej części „wypracowany”. Nie tak instynktowny jak u Brando. Świadomego swoich niedostatków rzemieślnika dostrzec w nim łatwo. Niby chochlik w oczach i ogień, z drugiej strony ułagodzona szlachetność, wycofanie i ostrożność. Zdarzało mu się być sztywniakiem, nie zawsze potrafił popisać się brawurą. A jednak pilnie nad sobą pracował i regularnie osiągał kolejne poziomy aktorskiego rzemiosła.

Paula Newmana zwykło się określać jako człowieka szlachetnego i łagodnego. Wrażenie to potęguje nie tylko pogodna, piękna twarz, ale i długoletnie, na pierwszy rzut oka wzorowe małżeństwo oraz przyjazne usposobienie, żarliwa działalność charytatywna. Tymczasem gwiazdorowi „Płonącego wieżowca” daleko do wykreowanego w powszechnej świadomości ideału – zwróci na to uwagę każdy, kto głębiej zajrzy zarówno do jego biografii, jak i w jego niebieskie oczy.

Niepokorny

Charakter Newmana określa poniekąd także jego filmografia. Często zapominamy, że zwykle nie wcielał się on w role czcigodnych amantów, ale łajdaków. Nawet jego pozytywne role zabarwione były niepokornym sznytem, rodzajem pewnej szachrajskości. Brick Pollitt z „Kotki na gorącym blaszanym dachu”, Chance Wayne ze „Słodkiego ptaka młodości”, Hud Bannon z „Huda, syna farmera”, a z późniejszych ról Frank Galvin z „Werdyktu”, Sully Sullivan z „Naiwniaka” czy wreszcie Max Roby z „Empire Falls” (ostatnia rola Newmana), mają sporo za uszami. Są mniej lub bardziej niegodziwi, aspołeczni, zaślepieni. Ich ego jest potężne, a zasługi dla świata dość marne. Najsympatyczniejsi bohaterowie Newmana – Butch Cassidy, przyjaciel Sundance’a Kida, oraz Henry Gondorff z „Żądła” – to typki niewątpliwie spod ciemnej gwiazdy. Ale pełni uroku.

Co ciekawe, Newman początkowo nie widział siebie w roli Butcha Cassidy’ego, sypiącego dowcipami jak z rękawa bandyty-wesołka. Wolał rolę Sundance’a, rewolwerowca milczącego, otoczonego aurą tajemniczości. Próbował ją dla siebie wywalczyć, mimo że wszyscy mu powtarzali, że powinien zagrać Butcha, bo tak naprawdę… już nim jest. Ostatecznie się zgodził, a jego partnerem został Robert Redford, jeszcze u progu kariery. Film zarobił ogromne pieniądze i stał się jednym z największych hitów w karierze Newmana, a przy okazji malowniczym, ciepłym i pełnym humoru odzwierciedleniem jego niepokornego charakteru.

Newman był niepokorny. O jego słabości do dowcipkowania krążą legendy. Ponoć nieraz zamieniał plan filmowy w wakacyjne obozy dla nastoletnich chłopców, a żarty, w które wdawał się z reżyserami (z Robertem Altmanem czy Johnem Hustonem), przypominały błazeństwa niedorostków, a nie poważnych, dojrzałych panów. Newman znany był również ze słabości do piwa, co nijak ma się do schematu ideału, jaki z czasem przykleił się do wspomnienia o aktorze.

Piwo było jego religią. Świadectwem tej „namiętności” był choćby Dzień Newmana, obchodzony niegdyś w Bates Collage, a potem na Uniwersytecie w Princeton. Podczas tego „święta” studenci zgodnie z tradycją wypijali co najmniej dwa tuziny piw w ciągu jednego dnia. Piwnej skłonności dowodzi również stary dowcip, który swego czasu przylgnął do aktora: „24 godziny ma dobra, 24 puszki są w skrzynce. Przypadek? Nie sądzę”. Wreszcie trafnym dokumentem nałogu stają się zdjęcia z planu filmowego, a na nich – aktor z nieodłącznym gadżetem, zawieszonym na szyi otwieraczem do piwa.

Newman pił dużo (ponoć nawet skrzynkę dziennie), unikał jednak mocniejszych trunków. Uzależnienie od złocistego napoju nigdy też nie przeszkodziło mu w pielęgnowaniu kultury fizycznej. Paul świetnie wyglądał do końca życia (z wiekiem stawał się coraz przystojniejszy!) nie tylko dzięki dobrym genom, ale i sportowej dyscyplinie. Biegał, jeździł na rowerze, dźwigał ciężary, dbał o kondycję żarliwie i restrykcyjnie. Żarliwość tę wykorzystał też w wyścigach samochodowych, które w jego przypadku nie były tylko fanaberią bogacza, ale autentyczną pasją. Wiecznie młody Newman nawet w zaawansowanym wieku ścigał się z zawodowcami, osiągając wiele sukcesów. „Wydaje mi się, że potrzebny jest pewien zakres rozsądnej brawury” – mawiał.

Kobiety i porażki

Żona Newmana, świetna aktorka i laureatka Oscara Joanne Woodward, tak powiedziała kiedyś o swoim mężu: „Skończył dwadzieścia dziewięć lat i pozostawał tym dwudziestodziewięciolatkiem rok za rokiem, gdy ja tymczasem stawałam się coraz starsza”. Pełna zdrowego rozsądku, mocno stąpająca po ziemi wiedziała, że wiąże swoje życie z wiecznym młodzieniaszkiem, kawalarzem nie od parady.

Małżeństwo Newmanów było na pewno niezwykłe i na tle rozpasanego Hollywood uważane za przyjemną osobliwość. Grywali razem w filmach, wychowywali gromadę dzieci, do samego końca trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy. Mało kto jednak pamięta, że uczucie między nimi narodziło się jeszcze w czasach poprzedniego małżeństwa Paula z bardziej wycofaną i mniej „gwiazdorską” Jackie Witte. Newman zostawił wówczas żonę z trójką małych dzieci, by uwić sobie gniazdko z Woodward, co ponoć przypłacił potężnymi wyrzutami sumienia. W drugim małżeństwie, choć bezsprzecznie zgranym i dopasowanym, również nie dochował wierności. Na planie „Butcha Cassidy…” wdał się w płomienny romans z dziennikarką Nancy Bacon, który ze spontanicznych schadzek rozciągnął się do półtorarocznej namiętności. Bacon nie miała sumienia i bez oporów opisała swoją relację z Newmanem wraz z pikantnymi szczegółami. Małżeństwo idealne zawisnęło na włosku. Wkrótce jednak kryzys został zażegnany, a Newmanowie byli ze sobą już do końca życia – aż przez pięćdziesiąt lat.

Skoki w bok Newmana są niewątpliwą skazą na wizerunku, choć wybieloną przez szlachetność reszty życiorysu. To jednak nie romans czy słabość do alkoholu położyła się największym cieniem na życiorysie aktora. Newman nie radził sobie z rodzicielstwem. Mimo że miał szóstkę dzieci, nie potrafił być tak dobrym ojcem, jakim był aktorem, sportowcem, a nawet mężem. Jego dzieci (trójka z poprzedniego małżeństwa i trójka ze związku z Woodward) mniej lub bardziej nie potrafiły odnaleźć swojego miejsca w życiu. Najwięcej miał z tym problemów jedyny syn Newmana, Scott, który dźwigał na swoich barkach presję związaną z doścignięciem ideału ojca. Problemy z narkotykami, skłonność do ryzykanckiego stylu życia, gniew gnieżdżący się gdzieś na dnie charakteru – nie pozwoliły mu dożyć nawet do trzydziestych urodzin. Śmierć syna w wyniku przedawkowania mocno odbiła się na Newmanie. W tamtym trudnym okresie, prześladowany uciążliwym głosem sumienia, stał się wyraźnie dojrzalszy, bardziej wycofany. Jego aktorstwo również nabrało dramatyzmu. „Nie miałem talentu do ojcostwa” – przyznał po latach.

***

Paul Newman słynął z uważnego, drobiazgowego wchodzenia w role. Swoje postacie traktował w sposób intelektualny, analizował ich zachowanie, psychologiczne pobudki, zasypywał reżyserów pytaniami i uwagami. Na planie był gorliwy i mocno zaangażowany. Oscara doczekał się dopiero jako dojrzały aktor, w 1987 roku otrzymał go za główną rolę w „Kolorze pieniędzy” u Martina Scorsese. Zanim się udało, latami krążyły na jego temat dowcipy, podobnie jak dziś o Leonardo DiCaprio. Przedtem doczekał się przecież aż siedmiu nominacji. Czy w życiu prywatnym również zasłuzył na nagordę? Trudno powiedzieć. Popełnił wiele błędów, jednak pozostawił po sobie nieskazitelne wrażenie. Choć nieustannie buzowała w nim dusza wielkiego gwiazdora, stronił od hollywoodzkiego blichtru, uciekając w pasje i uczucie kobiety. Dziś powszechne wspomnienie o Paulu Newmanie jest pełne szacunku i nostalgii.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *