Wychowywałam się w dość dużym, ciemnym domu i panicznie bałam się zostawać na noc sama. Strach i mrok odganiałam, zapalając wszystkie światła na piętrze. Nigdy nie patrzyłam w stronę okien, rojąc sobie, że ktoś mógłby stać przed domem i się na mnie gapić. Wolałam tego nie sprawdzać. Najgorzej, kiedy pies zrywał się znienacka i szczekał pod drzwiami – zastygałam w miejscu, wyczekując nerwowo, aż się uspokoi. Nic dziwnego więc, że te dwa świetne stalkerskie proto-slahery – „When A Stranger Calls” (1979) i „When a Stranger Calls Back” (1993), oba wyreżyserowane przez Freda Waltona – zrobiły na mnie takie wrażenie.

Obie części zasłynęły znakomitymi scenami otwarcia – dwudziestominutowymi, a więc cierpliwie rozciągniętymi, jak przystało na skuteczną torturę. W obu historia się powtarza – zatrudniona jako opiekunka do dzieci skromna dziewczyna spędza wieczór u pracodawców, którzy wyszli do restauracji. Samotność bohaterki od początku jest dotkliwa – podopieczni już śpią, dom jest obcy, cichy i duży, urządzony na bogato, a mimo to jakoś nieprzyjazny dla niepasującej do wnętrzarskiego przepychu studentki. Zaczyna się nękanie. W pierwszym filmie są to telefony – w słuchawce odzywa się zdziwaczały głos natręta, który dzwoni co jakiś czas i nie daje spokoju. W drugiej mężczyzna podchodzi pod sam dom – puka do drzwi, rzekomo bez złych intencji; odesłany z kwitkiem, ciągle wraca i nagabuje. Rozsądek podpowiada, że cztery ściany i zamknięte na klucz drzwi to wystarczająca ochrona przed zagrożeniem z zewnątrz. Czyżby?

W tych dwóch scenach otwarcia – drugiej jeszcze lepszej niż pierwsza – udało się Waltonowi niełatwe zadanie unaocznienia strachu, tego cichego i paraliżującego ruchy.

Napięcie między kolejnymi kontaktami ze stalkerem jest trudne do zniesienia. Bohaterki uwięzione są w sytuacji jak w niewidzialnej pułapce – stopniowo tracą kontrolę nad prywatną przestrzenią, mimo że bezpośrednio nikt jej nie narusza, wystarczy głos człowieka o niejasnych zamiarach. Dziewczyny poruszają się po domu coraz ostrożniej, ich kroki są ciche i niepewne. Poczucie zagrożenia wpływa na percepcję – rozszerza źrenice, wyostrza słuch, sprawiając, że każdy szmer działa niczym akt terroru; normalna, codzienna przestrzeń nagle staje się wroga i osaczająca. W szczytowym momencie stalker, mimo że wciąż niewidoczny, jest wszechobecny.

Czytaj też:   Kowboje muszą odejść. Psie pazury


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *