Film, Sylwetki

Sylwetki, kontury, skojarzenia

Isabelle Huppert 

W tym roku widziałam ją aż w trzech filmach. Różną, a jednak wciąż tą samą, jakby w kolejnych wariacjach jednej postaci. Isabelle nie musi jakoś szczególnie zmieniać fryzury, ani nawet garderoby, byśmy czuli się usatysfakcjonowani. Nie ma tu potrzeby zaskoczeń, umizgów w stronę widzów. Wręcz przeciwnie, oczekujemy jej właśnie takiej, dobrze znanej, uzupełniającej swój wizerunek o kolejne adnotacje. Przeglądając kadry z jej ostatnich filmów, można się nawet pomylić, pomieszać tytuły. Podobne prochowce, płaszcze, lekkie sweterki, koszule, bluzeczki, buty na koturnie, nawet kolory te same, a usta zawsze zwarte w poziomą kreskę. Jak w łamigłówce „znajdź różnice”. „Pierwszy raz jestem w Cannes” mówi bohaterka Huppert („Aparat Claire”) i nic dziwnego, że sala kinowa zanosi się śmiechem, nietrudno złapać żart. Gdy z kolei wyłamuje palca swojemu synowi, puentując to ledwie chłodnym podniesiem brwi i cieniem uśmiechu („Happy End”), instynktownie czujemy, że wszystko się zgadza. Oglądanie filmów z Huppert jest jak układanie puzzli. Obrazek powstaje z nich dziwaczny, niepokojący trochę, ale spójny i fascynujący. W kolorach ognia i czerni.

Nicole Kidman

Na przekór niedawnej fali brzydkich, tabloidowych nagłówków, nie schodzi ze sceny. Wręcz przeciwnie. Kidman istnieje ponad tabloidami. Pełno jej było w tym roku w Cannes, gdzie pokazano aż cztery produkcje z jej udziałem. W niektórych – choć dobrze znana, to ożywczo „nowa”, niejednoznaczna. Jak w drugim sezonie „Top of the Lake”. Srebrzysta burza loków, zabójcza inteligencja, szczypta irytującej egzaltacji. Jakby w przewrotny sposób kontynuowała swoją świetną rolę w „Wielkich kłamstewkach”. Tam była ofiarą psychopatycznego męża, a drogę do ucieczki wyznaczyła jej więź z innymi kobietami. Tutaj swojego męża, skądinąd fajnego faceta, porzuca bez ceregieli, by oficjalnie wejść w związek z kochanką. Jest silniejsza? Na pewno, ale z czasem okaże się, że ma również słabości. W obu serialach wszystko ciąży w stronę kobiet, ich ambiwalencji. W ogóle Kidman ostatnio chętnie otacza się kobietami. Bo i przecież w filmie Coppoli to one nakręcają rytm, wyznaczają takt. Emancypują się, a ona z chłodną brawurą stoi na ich czele. Aktorka w tym roku skończyła 50 lat, ale oddala się od wizerunku niedostępnej, obcej diwy z czerwonego dywanu. Staje krok bliżej widowni, a przy tym – na przekór wpisanemu w jej postać dystansowi – potrafi zaszaleć, zaskoczyć. Kolejne jej wybory zapowiadają się równie ciekawe – punkowy występ u Johna Camerona Mitchella w „How to Talk to Girls at Parties” i rola u Yorgosa Lanthimosa w "Killing of a Sacred Deer". A jeszcze dalej osobliwe postscriptum, nadchodzący „Aquaman”. Kidman jako królowa, znowu jako matka, ale tym razem matka superbohatera. Matka boga.

Beverly Marsh 

Równa dziewczyna – harda, rezolutna, empatyczna. Trochę jak Molly Ringwald, liryczna koleżanka z sąsiedztwa. Trochę jak Carrie. Mimo cieni, które zacieśniają się nad jej rudą głową, pełna światła. Bev to jedna z fajniejszych postaci w nowym „To” – horrorze, ale bardziej kolejnym ogniwie w łańcuchu niekończącej się nostalgii. Nostalgii amerykańskiego lata, przygody, przyjaźni, pierwszego zakochania – w opozycji do brutalnego świata dorosłych. Tu mamy trójkąt. Bev i główny bohater, Bill, czują do siebie wyraźną miętę, ale to nie oni kradną większość uwagi. Uroczych kilka scen, błyskotliwie zabawnych, ma nasza bohaterka z Benem, tym korpulentnym nowicjuszem, który większość czasu spędza w bibliotece. Na przykład scena w pokoju Bena. Dziewczyna odkrywa wstydliwą tajemnicę chłopaka – obciachowy plakat New Kids on the Block kryjący się po drugiej stronie drzwi – nie wydaje go jednak przed kolegami. Zamiast przykrej demaskacji następuje wymiana spojrzeń, uśmiechów, cichy sojusz. Coś, co znaczy więcej, niż trwa. Ładnie napisane. Tak jak i to – wrzesień, rozstanie, braterstwo krwi. Chłopcy przy symbolicznym nacięciu dłoni jęczą, krzywią się. U Bev grymas jest prawie niewidoczny. Tylko powieka lekko drga – łatwo przegapić, ale warto wyłapać. Puenta. Nie wystarczy wsadzić dzieciaki na rowery, żeby robić ejtisy. Rower to tylko symbol, martwy element rekonstrukcji. By wprowadzić go w ruch, zmienić w wehikuł czasu, trzeba czegoś więcej – mgiełki wzruszenia ukrytej pod podszewką. Między słowami, między spojrzeniami. 

Brodacz z westernu 

To chyba jakiś odrębny etap w karierze amerykańskich aktorów. Gdy twarz obrasta siwym, twardym włosem, ciało pęcznieje, a skóra staje się jakby bardziej chropowata. Pojawia się też inny akcent, szczególny temperament, no i charakterystyczne atrybuty – strzelba, koń, kapelusz. A jako tło – Dziki Zachód. Te metamorfozy biorą mnie zwykle z zaskoczenia. Tymczasem klub brodaczy się powiększa. Ostatnio zasilili go Jeff Daniels (w „Godless”) i Bill Pullman (w „The Ballad of Lefty Brown”). Ten ostatni wyróżnia się na tle całej kompanii – żaden z niego chojrak czy grubiański łowca naród. To zdziecinniały starzec, niezgrabny dziwak, w dodatku o imieniu Lefty. Nikt by nie przypuścił, że ten poczciwy wyrzutek nadaje się na bohatera ballady. A jednak. Reżyser Jared Moshe (to kolejny, po „Dead Man's Burden”, interesujący mały western w jego karierze) prowadzi jego historię tak, by pozwolić mu przeżyć ostatnią, zwycięską przygodę. Udowodnić swój honor, lojalność, męstwo. Słychać echa „Rio Bravo”. Ballady o wyrzutkach przeważnie brzmią dobrze.

Michelle Pfeiffer

W „Poślubionej mafii” Jonathana Demme’a z 1988 roku. Uśmiech i loki. Zjawiskowa dziewczyna, ale nie w chłodny czy zarozumiały sposób. Zamiast tego – zmęczona, samotna, ludzka. Próbuje odciąć się od przeszłości (choć nie jest łatwo, jej przeszłość to mafia), zacząć na nowo, ogarnąć obskurne mieszkanie, zarobić trochę grosza, być dobrą matką. W filmie towarzyszy jej (przerysowany, ale bardzo dobry) Matthew Modine i to w scenach z nim najpiękniej odbija się osobowość bohaterki. Gdy idą na randkę, dobrze widać, że to kobieta po przejściach, ale jednocześnie z syndromem świeżego startu, z na nowo nadaną niewinnością. Pełna dobrej woli i dzikiego entuzjazmu do zmian. Gotowa, by się zakochać, radosna, ale podatna na zranienie. Zdeterminowana, ale wciąż ostrożna, płocha. Jakby na randce była pierwszy raz, jakby pierwszy raz ubrała dla kogoś taką piękną sukienkę w grochy. „Poślubiona mafii” jest komedią, ale nie zatrzymuje się na (udanym zresztą) żarcie. W ślad za gagami i szaleństwem idą uczucia i żywi bohaterowie. W postaciach Pfeiffer i Modine’a biją serca, co udziela się również widzom. Takie komedie są oczywiście najlepsze. Warto, bo Damme znał się na kinie.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *