Film

Brian De Palma mniej doceniany. Upiór w raju i Femme Fatale.

Na portalu Kinomisja, w zbiorowym tekście o Brianie De Palmie, napisałam o dwóch filmach – "Upiorze w raju" i "Femme Fatale". Mniej cenionych w dorobku reżysera, moim zdaniem wartych pełnej uwagi. 

Upiór w raju, 1974

Tuż przed finałową sekwencją Wybuchu główna bohaterka proponuje swojemu filmowemu partnerowi romantyczny wypad do Nowego Jorku i wspólne oglądanie musicali. Rozmowa zostaje przerwana, dziewczyna wpada w śmiertelną pułapkę i nagle, w tyleż brawurowy, co nieoczekiwany sposób, film sam staje się jakby musicalem, z tęczą migoczących kolorów, zwolnionym tempem, melodramatyczną muzyką, aż wreszcie – Travoltą w desperackim pościgu. O tym, że stylistyka musicalowa jest bliska De Palmie, świat miał się dowiedzieć już kilka lat wcześniej, wraz z premierą Upiora w raju, najbardziej ekscentrycznego filmu w dorobku reżysera. Miał, ale niekoniecznie się dowiedział. Upiór został zmiażdżony przez krytykę (na tle chóru negatywnych głosów wyróżniła się słynna krytyczka, Pauline Kael) i poniósł finansową porażkę. Dopiero z czasem zaczął odradzać się jak feniks z popiołów (symptomatycznie, Phoenix to imię bohaterki filmu), dziś cieszy się imponującym kultem (ale nie u nas). Nawet Guillermo del Toro i Edgar Wright przyznają, że to jeden z ich ulubionych filmów, podobnie zresztą jak pisarz Bret Easton Ellis czy duet Daft Punk, który od Upiora zapożyczył swoje hełmy. Musical De Palmy to wspaniałe dziwo, z jednej strony wyróżniające się w jego filmografii, z drugiej – wypełnione po brzegi obsesjami twórcy, wymienić choćby podzielony ekran czy podglądactwo. To opowieść o demonicznym impresario (w tej roli autor piosenek do filmu, popularny kompozytor Paul Wiliams), który najpierw kradnie muzykę utalentowanemu dziwakowi (William Finley), potem prowadzi do jego upadku i deformacji, aż wreszcie podpisuje z nim pakt. I o tej trzeciej, wokalistce wspaniałej i niewinnej, ale zdeterminowanej, by osiągnąć sukces (Jessica Harper). Całość uporządkowana wedle zasady – im więcej tropów, tym lepiej. Upiór w operze, Faust, Dorian Gray, gotyk, Hitchcock, glam rock, slapstick – barokowe bogactwo i kicz obrazów świadczą jednak nie tyle o braku subtelności twórcy, co o jego poczuciu humoru. Film od początku do końca zaprawiony jest kpiną, co okazuje się doskonałym sposobem na wyszydzenie złych producentów w imię komercji wypaczających talenty i zamieniających złoto w krzykliwą tandetę. Upiora w raju ogląda się z dezorientacją, ale i z rosnącą fascynacją. I co ważne, z przyjemnością się go słucha – to katalog wspaniałych piosenek, na czele z utworami w wykonaniu niecodziennej Harper, muzy zarówno diabłów, jak i aniołów. 

Femme Fatale, 2002

Według Briana De Palmy Femme Fatale to film, który jest jak pędzący pociąg. Nim zauważysz, że nadciąga, jest już za późno – zostajesz zmiażdżony. Inaczej mówiąc, to opowieść, która nie odkrywa się ze swoimi intencjami do samego końca. Dopiero w finale dowiadujemy się, czym jest i dokąd zmierzała, ale wtedy nie da się już cofnąć do punktu wyjścia, przypomnieć sobie porozrzucanych tu i ówdzie wskazówek. Dużej przyjemności, a zarazem zabawy w detektywa, dostarcza drugi seans, tym razem skupiony na niuansach. Zegary, które wskazują tę samą godzinę, znaczące nazwisko jednego z bohaterów, koszula ubrudzona krwią, napisy na szyldach – w Femme Fatale wszystko ma znaczenie. To film szarada, napisany na przekór regułom prawdopodobieństwa, w całości podporządkowany eskapistycznej funkcji kina, gdzie jego język, transcendentny i umowny, jednocześnie kusi i drażni, wodzi za nos i zaprasza do zabawy. Jest to też film po depalmowsku niepoprawny – ociekający seksem, zabawny w nieoczekiwanych momentach (przypomnijmy sobie scenę, w której podczas akcji rabunkowej przypadkowy kotek „zaczepia” używaną przez złodziei mobilną kamerkę) – rozpoczynający się popisową, kokieteryjną sekwencją kradzieży diamentów znajdujących się na ciele zjawiskowej modelki, połączonej z lesbijskim seksem w toalecie i, jakby tego było mało, rozgrywającej się podczas filmowej premiery na festiwalu w Cannes. To opowieść zwyczajowo voyeurystyczna, w której paparazzi śledzi bohaterkę, podgląda ją, nie znosi jej, bo jest w jej władzy, a jednocześnie stale jej pożąda. Wreszcie to historia z poczciwym przesłaniem, która – mimo zepsutej do szpiku kości bohaterki, femme fatale uczącej się fachu z klasycznych filmów noir – udowadnia, że złe uczynki prędzej czy później sprowadzają fatum, natomiast te dobre – zwracają się z nawiązką. Warto poddać się temu filmowi, zaufać twórcy i odpłynąć. 


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *