Christine, reż. Antonio Campos, 2016. 

Poza oscarową gorączką, więc gdzieś tam, na marginesie, niesłusznie przeoczony. "Christine" w reżyserii Antonio Camposa to skromny, ale warty uwagi film. Po pierwsze: ze względu na mocną, zaskakującą i – jak to się mówi – "życiową" rolę Rebecci Hall. Po drugie: bo to naprawdę świetne kino. Autentyczna historia 29-letniej dziennikarki, Christine Chubbuck, choć szokująca i tabloidowa (jak głosi slogan reklamowy filmu: "SZOKUJĄCA HISTORIA, KTÓRA ODMIENIŁA OBLICZE TELEWIZJI"), rozegrana jest tu przekornie – w sposób antytabloidowy, bez śladów efekciarstwa. Campos podchodzi do tematu uważnie, z poczuciem odpowiedzialności i z empatią – zamiast krzyczeć, zagląda do środka, przedziera się w głąb. A tam? – nic przyjemnego. Nie tylko koszmar mediów, ale też koszmar niespełnionych ambicji. Nadwrażliwość, kompleksy, niedopasowanie, samotność.

Dziwaczna osobowość Christine odkrywa się przed widzem po kawałku, niby subtelnie, ale coraz silniej wiercąc dziurę w brzuchu. Z każdym kolejnym epizodem jej postać budzi nie tylko więcej współczucia, ale też dyskomfort, niepokój, a nawet niechęć. Bo tak naprawdę nie chodzi o inność bohaterki, jej "dziwność", ale o to, że nietrudno się w tej "dziwności" przejrzeć. Zobaczyć to, co dla nas wstydliwe, ale w większości nam wspólne – żałosne próby udowadniania światu swojej wartości, codzienne porażki, kolejne "fuck-upy", aż wreszcie chroniczne rozczarowanie samym sobą. Czyli nic łatwego do przełknięcia. "Christine" w marcu trafi do nas na DVD.

Carrie Fisher i Debbie Reynolds prywatnie, reż. Alexis Bloom, Fisher Stevens, 2016. 

Film pożegnalny, można powiedzieć. Dokument "Bright Lights" (polski tytuł "Carrie Fisher i Debbie Reynolds prywatnie") działa na różnych poziomach. Po pierwsze: jako historia więzi matki i córki, które po latach burzliwych i głośnych, u kresu drogi, żyją zgodnie i szczęśliwe niemal jak stare dobre małżeństwo. I jak to w starym dobrym małżeństwie bywa – echa dawnych konfliktów wracają, ale delikatnie, czasem jako żart, czułe wspomnienie lub wyraz troski. Bo to, co kiedyś dzieliło, po latach już tylko łączy. 

Po drugie: to historia Debbie Reynolds i Carrie Fisher, każdej z osobna. Aktorek znanych na tę samą, ogromną skalę, ale bardzo od siebie różnych. Debbie, którą blask reflektorów rozświetlał do końca życia i Carrie, którą ten sam blask w pewnym momencie przygasił. Zwłaszcza do tej ostatniej trudno nie poczuć sympatii. Carrie, jaką widzimy w dokumencie, to osoba bezpretensjonalna, szczera, poza tabu, bardzo dowcipna i trzeźwo myśląca, zdystansowana do swojej kariery i swojego wizerunku (w jej domu można zobaczyć choćby ustawioną w widocznym miejscu, niemal na piedestale, seks-lalkę ludzkich rozmiarów o wizerunku księżniczki Lei).

Czytaj też:   Ratownik, czyli żałoba po lecie

Dokumentalny zapis codzienności tej dwójki przebłyskuje zdjęciami, nagraniami i wspomnieniami z minionych lat, co czyni go również przejmującą i dobitnie szczerą opowieścią o istnieniu i budowaniu siebie w Hollywood, a także o przemijaniu, starości i wreszcie – o odchodzeniu. Ten ostatni aspekt wybrzmiewa tu i porusza chyba najbardziej, zwłaszcza, że obu tych niezwykłych bohaterek już nie ma. Odeszły niemal przed chwilą, z zaskoczenia i zaraz po sobie. Aż trudno przestawić się i pisać o nich w czasie przeszłym. "Bright Lights" to wybitny dokument, głęboko osadzony w czyimś odległym życiu, ale też daleko poza nie wychodzący i poruszający wrażliwe struny, bliskie nam wszystkim.

Incydent, reż. Jonathan Mostow, 1997. 

Dobry thriller na weekend. "Incydent" Jonathana Mostowa z 1997 roku. Lata 90. to kopalnia świetnych rozrywkowo, błyskotliwie zrealizowanych thrillerów, a to jeden z nich. Mocno trzymający w napięciu, nieoczywisty w swojej oczywistości. Kurt Russell gra tu przeciętnego faceta, który życiowo spełnia się co najmniej średnio – w portfelu pustka, perspektywy na przyszłość mizerne. Ma jednak coś niedostępnego wielu bardziej "kasiastym" spryciarzom – udany, szczery związek. By nie stracić partnerki, uratować ją, stanie na głowie – ze zwyczajnego faceta zmieni się w zwyczajnego bohatera.

Drogę tych dwojga, ku nowemu, być może lepszemu życiu, zakłóci tytułowy "incydent". Bohater Russella w jednej chwili zostanie wrzucony w surrealistyczny, niemal kafkowski koszmar, w którym świat nagle staje się całkiem porąbany. Z którego, wydaje się, nie ma żadnego wyjścia. A jednak temu facetowi udaje się przekroczyć samego siebie. Typowe? Nie do końca. Russell, w przeciwieństwie do wielu podobnych mu filmowych bohaterów – zmuszonych ratować siebie, swoją godność, żonę czy córkę – nie zamienia się w kozackiego sukinkota. Zachowuje wewnętrzną integralność. Z pułapki usianej kolejnymi akcjami, pościgami i wystrzałami, wychodzi instynktownie. Po omacku, popełniając głupie błędy, ale z godną podziwu desperacją. I ta desperacja, konsekwentna odwaga, wystarczą, by wciąż pozostał tym samym facetem, ale już nie potencjalnym nieudacznikiem jak na początku filmu.

Czytaj też:   Pełzająca śmierć, najlepszy film sportowy od lat

Ginger Snaps, reż. John Fawcett, 2000. 

Z przyjemnością wrzucam do wora z ulubionymi horrorami. Krwawe to dziełko i obfite w przemoc, ale zarówno krew, jak i akty przemocy są tu uzasadnione – to bowiem film o miesiączce. Panowie, nie ma się co zrażać! Ani menstruacja, ani fakt, że to film o nastolatkach i wilkołakach, i że oprócz horroru to także trochę komedia, nie zmniejsza jego wartości, a wręcz przeciwnie. "Ginger Snaps" ma fajne, charakterne bohaterki (gotki z obsesją na punkcie śmierci), mądrze budowaną atmosferę (zdarzyło mi się podskoczyć w fotelu), świetne poczucie humoru (bez żenujących wstawek), a prócz tego mówi więcej o menstruacji (i kobietach) niż wychowanie do życia w rodzinie. Mówi z dystansem i bardzo dowcipnie, a jednocześnie z pełnym zrozumieniem. Dosadna metaforyka filmu, jego zaskakująca śmiałość, bezczelność nawet, aż wreszcie posępny finał, skutecznie oddalają "Ginger Snaps" od zwykłego horrorka o nastolatkach. Zamiast tego otrzymujemy coś znacznie lepszego – zaskakujący i satysfakcjonujący film na serio.

Darkman, reż. Sam Raimi, 1990.

Darkman. Jeden z fajniejszych filmów mierzących się z mitem Frankensteina. Świetny wizualnie, pięknie wystylizowany, napisany z wyczuciem, bardzo zabawny, cudownie świadomy swojej przesady i bardzo drapieżny. Podczas oglądania "Darkmana" można się rozkosznie bawić, ale… pod jednym warunkiem. Ktoś powie, że do tego trzeba mieć "dystans" lub "odpowiednie nastawienie". Że należy "przymknąć oko", bo to przecież "stare" kino, słabe techniczne, kiczowate, bo pełne patosu… Ja uważam zupełnie inaczej. "Darkman" to film, który nie potrzebuje ani "odpowiedniego nastawienia", ani "przymkniętego oka", a jedyne, o co woła, to szczera miłość do kina. Mam wrażenie, że w erze popularności niedorobionych adaptacji komiksów i bezstylowych, dresiarskich blockbusterów, z których niemal każdy z irytującą emfazą nazywany jest "świeżym" lub "przełomowym" – tego, czego w powszechnych nastrojach brakuje, to właśnie miłość do kina. Przy poniedziałku wyznam jak w konfesjonale. Mam gdzieś "Deadpoola". Domyślam się, że mógłby "Darkmanowi" co najwyżej pucować buty.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *