Film, Kopiuj-Wklej

Kopiuj-wklej #4. Filmy

Pod etykietką "Kopiuj-Wklej" cyklicznie zbieram treści z fanpage'a – krótkie notki o filmach, serialach lub książkach. Ku potomnym, żeby nie przeminęły wraz z wyczerpanym zasięgiem. 

Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia (2016),
reż. Juho Kuosmanen
Droga mistrza (2016), reż. Philippe Falardeau

„To żaden wstyd przegrać z mistrzem” – mówi do dziennikarzy młody bokser-amator, Olli Mäki, w przeddzień walki życia. Za te słowa zmyje mu głowę jego menadżer/trener. „Jak to żaden wstyd? Masz mówić, że rozniesiesz go w pył!” Wiadomo przecież, że buńczuczna pewność siebie sprzedaje się najlepiej, nawet jeśli jest tylko iluzją. „Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia” to miniaturowe dziełko, skromne jak swój bohater. I przewrotne, zwłaszcza jak na film bokserski, bo bez oczywistych zwycięzców i przegranych. Fiński reżyser owszem, zadaje pytania o granice ambicji, ale odpowiedzi nie szuka między linami ringu czy w świetle reflektorów, ale zupełnie gdzieś indziej – w spojrzeniu ukochanej dziewczyny. To tu, a nie na ringu, definiuje się życie. 

Niedługo po „Ollim” obejrzałam drugi film o bokserze, niby różny, a w gruncie rzeczy bardzo podobny. „Drogę mistrza” (ang. „The Bleeder” lub „Chuck”) również oparto na faktach, a jej bohaterem również jest pretendent do mistrzowskiego pasa. Tyle że to zupełnie inny facet. Chuck Wepner (świetny Liev Schreiber) to zwalisty żartowniś, lekkoduch, król knajp, niewierny mąż, zły ojciec. Poszczęściło mu się, musnął sławy – jego walka z Muhammadem Alim stała się inspiracją dla Sylvestra Stallone’a przy pisaniu scenariusza "Rocky’ego”. Tu jednak droga do sukcesu się urywa. Hollywood wypina się na Chucka, a i on sam sobie nie pomaga. Leniwie pielęgnuje kłamstwo o własnej świetności, kurczowo trzyma się swojego jedynego sukcesu, który do końca nie jest nawet sukcesem. „Jestem prawie mistrzem świata! Jestem Rockym!” – bełkocze żałośnie Chuck, staczając się na dno. Niesprawiedliwie byłoby patrzeć na niego z góry. Każdy ma jakieś kłamstwo, które dokarmia. Każdy bywa żałosny.
Na koniec – happy end. 

Mimo różnych historii Olli i Chuck docierają do tego samego, zwycięskiego miejsca. To ten moment, w którym zabierasz na randkę dziewczynę – tę specjalną, jedyną, która cię rozumie i za którą szalejesz. Ona żartuje, ty się uśmiechasz, obejmujecie się. Ot, łaska zwykłego życia. Czy cokolwiek może się z nią równać? Nawet mistrzowski pas wypada blado.

Thelma (2017), reż. Joachim Trier

„Thelma” Joachima Triera. Znakomity, niecodzienny film. Opowiadający o nieśmiałej dziewczynie, która mimo obaw nadopiekuńczych, religijnych i dość podejrzanych rodziców rozpoczyna naukę na uniwersytecie w Oslo. Nienauczona się bawić, szaleć, korzystać z życia, snuje się po kampusie niczym duch, niepewna i wyalienowana. Do czasu aż budzi się w niej namiętność. A wraz z nią, wiadomo, budzą się też demony. Wyjąwszy mocną, zapowiadającą grozę scenę z początku filmu, przez pewien czas wydaje się, że Trier nakręcił spokojny film o dojrzewaniu i dziewczęcej seksualności. Owszem, jest to film i o tym – oprócz tego również o tożsamości, rodzinie czy wierze – ale w gruncie rzeczy to, pisząc wprost, telekinetyczny horror. Horror oczywiście w stylu Triera – mocny, ale subtelny. Taka trochę psychologizująca wersja „Carrie”, która w nieoczywistych skojarzeniach potwierdza prawdę znaną z filmu De Palmy – tłamszona kobiecość potrafi się mścić. Dla mnie jeden z ciekawszych filmów roku.

Dreszcze (1975) 
Potomstwo (1979) 
Skanerzy (1981)
reż. David Cronenberg

Wiele przyjemności przyniosło mi ostatnio odkrywanie wczesnych horrorów Davida Cronenberga. Przy okazji dowiedziałam się, że Cronenberg Cronenbergiem był chyba od zawsze. Mowa o „Dreszczach” (1975), „Potomstwie” (1979) i „Skanersach” (1981), które, obejrzane jeden po drugim, układają się w szaloną rozprawę o ciele i duchu – konsekwentną zarówno w założeniach, jak i w formie. W „Dreszczach” weneryczny pasożyt atakuje bohaterów poprzez penetrację, zamieniając ich w żądne krwi i seksu zombiaki. Ból miesza się z ekstazą, fizyczność wpływa na świadomość, ciało i dusza stapiają się w jedno. Tej tezy trzyma się też „Potomstwo”, najstraszniejszy (i chyba najlepszy!) film z całej trójki. Tu z kolei mamy pacjentów pewnej dyskusyjnej terapii, która sprawia, że tłamszone przez nich w duszy lęki przenoszą się jako skutek uboczny na ich ciała. W najskrajniejszym przypadku zamieniają się w organ, który rodzi ułomne, mordercze potomstwo. W „Skanersach” niby mniej biologizmu, a jednak. Tym razem mamy do czynienia z potężnymi telepatami, którzy łączą się z psychiką innych ludzi, przez co mogą też na nich wpływać – także na ich ciało. I tu warto wspomnieć tę słynną, kultową, wybuchającą głowę. I na niej się zatrzymać. Bo tak po prawdzie w tych filmach ciekawe są nie tylko obsesje twórcy, jego idee, gatunkowe penetracje i przesunięcia, ale sposób, w jaki wciela je w życie. Szalony, bezkompromisowy, nie raz odrażający i szokujący, czasem ironiczny, zawsze pomysłowy. Ogląda się to świetnie, choć nie bez trwogi. Liczba niezapomnianych scen, których dostarczyło mi to filmowe trio, mogłaby obdzielić cały stos innych tytułów.

 

Długie pożegnanie (1973), reż. Robert Altman

Nie wiem, jakie relacje miał Robert Altman z fanami Philipa Marlowe’a, być może trudne, z pewnością jednak zaskarbił sobie sympatię kociarzy. „Długie pożegnanie” otwiera scena, w której słynny detektyw wyrusza o 3.00 w nocy w głąb zjaranego Los Angeles po ulubioną karmę dla swojego pupila. Nie znajduje jej w sklepie, kupuje więc inną, chociaż wie, że u wybrednego futrzaka to nie przejdzie. Po powrocie do domu próbuje podstępu – podaje kotu nową karmę, ale ze starej, wyciągniętej z kubła na śmieci puszki, udając, że to właśnie ta, jego ulubiona. „Smacznego, kocie”. Kot nie daje się nabrać. Strzela focha i ucieka. Dopiero potem do Marlowe’a wpadają gangsterzy.

Scena z kotem, z pewnością jedna z fajniejszych „kocich” scen w historii kina, ustawia z góry cały film. Zupełnie nie taki, jakiego mógłby się spodziewać miłośnik prozy Chandlera. Na Marlowe’a wypina się nie tylko własny kot, ale i cały świat stworzony jest jakby nie dla niego. Detektyw jest odklejony od rzeczywistości i bezradny. Snuje się niezdarnie tu i tam, raczej z przypadku wpada na swoje tropy, biją go i oszukują, a on tylko mamrocze coś pod nosem, odpalając jednego papierosa za drugim. Nie potrafi nawet kupić właściwej karmy. Wiele sympatii mam dla tej postaci, bardziej przyjaznej, oswojonej niż arcymęski Humphrey Bogart o zblazowanym, chmurnym spojrzeniu. Taki Marlowe to swój chłop, zwłaszcza że lubi koty. Altman, z pozoru niefrasobliwy w prowadzeniu kultowego bohatera, wie przecież, co robi. Mamy lata 70., nie 50. To nie jest świat dla noirowych detektywów, mówi przekornie. Jak to on.

O „Długim pożegnaniu” wspominam, bo to dla mnie jeden z przyjemniejszych „świątecznych” seansów tego roku. Pomijając ukryte znaczenia i tropy, film dostarcza dużo czystej rozrywki. Szalona, pełna absurdów podróż Marlowe’a po Los Angeles działa jak powinna, odpowiednio narkotycznie. Nada się na Sylwestra przed TV lub w inną, dłuższą niż zwykle noc.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *