Film, Nowe Horyzonty

Nigdy już nie zrobię selfie. Nowe Horyzonty 2017. Relacja.

 

Dziewczyna, która pstryka zdjęcia swojemu obiadowi lub ta druga, która obfotografowuje czekoladki na stoisku z kawą. I ten chłopak, który szczerzy zęby, by zrobić udane selfie. Poza tym wszędzie zgarbione plecy. Ludzie pochyleni nad ekranami smartfonów to jakby lejtmotyw tegorocznego festiwalu, lejtmotyw dużego miasta. Siedzę na schodach, czekam na seans. Kusi mnie, by sięgnąć do torebki, do swojego telefonu, przejechać palcem po biało-niebieskiej tablicy. Ale się powstrzymuję. To zasługa Zwiagincewa i jego „Niemiłości”. Po tym filmie już nigdy nie zrobię sobie selfie.  

 

 

Zwiagincew wystawia smartfonom kiepską recenzję. Gorszą jednak – ich kompulsywnym użytkownikom. W jego Rosji, tym razem pełnej nowoczesnych telefonów, mieszkań i snobistycznych restauracji, nie ma miejsca ani na miłość, ani na empatię. Dobrze za to mają się inne „namiętności” – egoizm, narcyzm, hipokryzja, nienawiść. Chore społeczeństwo zainfekowane przez oziębłą matkę, ojczyznę. Smartfony, gorzej niż w filmach o inwazji obcych, wysysają z bohaterów resztki ludzkich odruchów, zamieniając ich w agresywne zombie. Przypominam sobie słowa Cristiego Puiu z wywiadu w czerwcowym „Kinie”: „trudno mi znaleźć lepszy symbol upadku cywilizacji niż kijek do selfie”. Mógłby ze  Zwiagincewem przybić sobie piątkę.
 

Małżeństwo w trakcie koszmarnego rozwodu i ich synek – niepotrzebny, niezauważany, odpychany – który pewnego dnia znika. Znika i pojawia się jednocześnie, ale inaczej, bo w postaci wyrzutów sumienia. Jednak dla reżysera opowieść o ludziach, którzy sumienia słuchają, wyciągają wnioski ze swoich grzechów i jednoczą w obliczu tragedii, byłaby zbyt prosta, zbyt optymistyczna i chyba już nieaktualna. Twórca idzie dalej, przeciąga tę granicę. W jego filmie sumienie w ogóle nie jest dopuszczone do głosu. Grzech zostaje wyparty, zamaskowany chełpliwą, nowoczesną jak smartfony pozą „jakoś to będzie”. Choć świat się wali, trzeba żyć dalej – tulić się do nowego kochanka, zjeść dobry obiad, myśleć głównie o sobie. Totalne zobojętnienie. Żyjemy w świecie, w którym nawet w obliczu tragedii nie powstrzymamy się przed sprawdzeniem facebooka. 
 

Film Zwiagincewa, hit tegorocznych Nowych Horyzontów, mógłby patronować całemu festiwalowi. Większość filmów, które zdążyłam obejrzeć przez te 10 dni, w mniejszym lub większym stopniu mierzyła się z podobnymi tematami. I wiele z nich mogłaby nosić ten sam tytuł – „Niemiłość”. Uporczywie wracają też nowe technologie. Pojawiają się nawet w nieoczekiwanych momentach. Tak jak w „Nie jestem czarownicą” (reż. Rungano Nyoni), filmie rozgrywającym się w Zambii, gdzie na jednym, niewielkim kawałku świata współistnieje zarówno obóz pracy dla czarownic, jak i okazała willa, w której interesy załatwia się przez smartfony właśnie.  

 

Mama mnie nie kocha

 

W „Podwójnym kochanku” Ozona bohaterka zwierza się psychiatrze, że matka niestety nie okazywała jej czułości. Podobną kwestię wygłasza bohaterka „Niemiłości”, być może szukając w tym usprawiedliwienia. Bo przecież i ona jest fatalną matką. Tegoroczny repertuar to zresztą cała plejada złych lub po prostu trudnych matek, a co za tym idzie – pokrzywdzonych dzieci. Dwukrotnie w rolę takowej wciela się Isabelle Huppert, chłodna, zdystansowana zarówno w „Happy End” Hanekego, jak i w „Tamie” Laury Schroeder, choć tutaj w nieco inny sposób (w filmie zagrała nomen omen ze swoją córką, świetną w tej roli Lolitą Chammah). Grzechy matek przechodzą na córki, córki zaś przekazują je swoim córkom, i tak dalej…Trudno przełamać tę klątwę. 

 

 

W „Happy End” jest jeszcze jedna matka, nieobecna jednak na ekranie. Na skutek zatrucia lekami trafia do szpitala, zostawiając dwunastoletnią córkę na pastwę rodziny. Dziewczynka nie znajduje oparcia również w ojcu. Po tym jak próbuje popełnić samobójstwo, ten pyta ją z absurdalnym wyrzutem: „Dlaczego nam nie powiedziałaś, że czujesz się nieszczęśliwa? Skąd mogliśmy wiedzieć?” No faktycznie, skąd. Niemożność porozumienia, ucieczka znów w ekran smartfona. Tadeusz Sobolewski przypuszcza w swojej recenzji, że Haneke nakręcił swój nowy film dla jednej, skądinąd genialnej sceny, w której dziewczynka nagrywa telefonem próbę samobójczą dziadka. Swoją drogą ta dwójka tragicznych bohaterów ma w filmie największe pojęcie o tym, co w życiu nie gra. Wymowne. 

 

 

Konflikt z matką to także jeden z tematów świetnego debiutu 26-letniego Karima Balagowa pt. „Bliskość”, opowiadającego losy młodej, niepokornej Żydówki. Dziewczyna buntem próbuje wyrwać się z etnicznych i rodzinnych kleszczy, na straży których stoi jej matka. Jest w filmie scena, w której bohaterka wychodzi spod prysznica, ma włosy mokre, rozczochrane. Matka, niby w troskliwym, a jednak zdradzieckim geście sięga po suszarkę, próbuje siłą okiełznać fryzurę córki i jednocześnie ją samą. To w tej scenie dziewczyna dowie się, że rodzina postanowiła  poświęcić ją w zamian za wolność brata.  
 

Niejako rewersem dla filmu Balagowa będzie izraelska komedia romantyczna pt. „Przez ścianę” znanej z „Wypełnić pustkę” Ramy Burshtein, znacznie lżejsza w tonacji niż jej poprzedni film, przez co nieco rozczarowująca. Chociaż udana. Z matką tu również pod górkę, ale to właśnie rodzina i tradycja okażą się podstawowym źródłem ciepła, a nawet spełnieniem marzeń. Po filmie podsłuchałam w ubikacji rozmowę kilku dziewczyn, które nie kryły się ze swoim wzruszeniem. Odświeżająca sprawa, zwłaszcza na tle kolejnych dojmujących seansów. 
 

Bo tych było przecież co niemiara. Do czołówki w pogrążaniu widza zaliczam Michela Franco. Macierzyństwo w wersji hardcore. Jego „Córkom Abril” chętnie przypisuje się podobieństwa do Almodóvara, ale to trop raczej chybiony. Historia upiornej matki, która chorobliwie zazdrości córce młodości i krok po kroku odbiera jej wszystko – dziecko, ukochanego, dom – bliższa jest kinu firmowanemu stemplem Hanekego niż obsesjami Hiszpana. Franco powoli i z zaskoczenia dociska śrubę, szokuje kilkukrotnie, ostatecznie jednak (ufff…) zostawia miejsce na nadzieję. Córka nie poddaje się matece, walczy, rośnie w siłę. 

 

Dziewczyny, do boju! 

 

Bo siła kobiet to również jeden z powracających motywów festiwalu. Mimo całej goryczy wylanej w stronę wyrodnych matek. Korowód twardzielek, królowych życia i wojowniczek otwiera Sofia Coppola ze swoją przekorną, pięknie nakręconą i dowcipną baśnią (horrorem? farsą?) o kilku czerwonych kapturkach i jednym groźnym (zagubionym?) wilku. W "Na pokuszenie" reżyserka kreśli grube kontury, ale już w ich obrębie zręcznie cieniuje niuanse. Nie zawsze łatwo zorientować się, kto w tej historii jest katem, a kto ofiarą. Przynajmniej do czasu, czyli do śmiertelnej kolacji. Aktorki grają jak z nut, z czego największą wirtuozerią popisuje się chyba Nicole Kidman. Bon Appétit! Przypuszczam, że wraz z „Wielkimi kłamstewkami” to nowy rozdział w bogatej karierze aktorki. 

 

 

Indonezja. „Marlina: zbrodnia w czterech aktach” w reżyserii Mouly Suryi. Zaskakujący miks westernu i radykalnego kina feministycznego. Wiele w tym filmie humoru, charakteru i gry z konwencją, nawet muzyka przyjemnie kłania się westernom spod znaku spaghetti. Ale „Marlina” wychodzi poza niezobowiązującą zabawę. Z przytupem opowiada o kobiecości w pułapce patriarchatu.
 

Z empatią o kobietach (nie pierwszy raz) opowiada również Sebastián Lelio. Jego „Fantastyczna kobieta” jest, owszem, fantastyczna, co pomaga jej zmierzyć się z żałobą, nietolerancją i opresją (bohaterka jest transseksualna), ale również ludzka, nie przypomina ostentacyjnych herosek. Prócz siły ma w sobie wiarygodną niezręczność, a także delikatność i wrażliwość, choć tych ostatnich odmawia jej całe otoczenie. Reżyser jej losy ubiera w atmosferę niesamowitości, oddanej zarówno w onirycznych, kolorowych scenach, jak i w muzyce. Jakby czuwały nad nią wróżki, a magiczny pyłek nieustannie unosił się nad jej głową. 

 

 

Jednak tytuł największej twardzielki edycji należy się komuś innemu i chyba nikt nie wniesie sprzeciwu. Diane Kruger jako Katja, bohaterka „W ułamku sekundy” Fatiha Akina w jednej chwili traci rodzinę – w innych filmach piętnowaną za swoją opresyjność, tu jednak spełnioną i szczęśliwą. Trudna droga w poszukiwaniu sprawiedliwości, a gdy to się nie uda – zemsty. Akin miejscami nie potrafi obronić swojej historii, nazbyt upraszcza. Nie można mu jednak odmówić umiejętności budowania napięcia i reżyserskiej swady. Bezbłędnie też prowadzi przez piekło swoją bohaterkę, kobietę z tatuażem samuraja. Po wbijającym w fotel finale wszystkie potknięcia przestają mieć znaczenie. Czuję wyraźne zmęczenie festiwalową rutyną, jednak ani to, ani późna godzina seansu, nie hamują skaczącej raz po raz adrenaliny.  

 

Męskość sobie nie radzi 

 

„Zabójcza ziemia”, australijski slasher i solidny reprezentant „męskiego kina”. A jednak zwrócony ku płci przeciwnej. W sytuacji granicznej to bohaterka staje na wysokości zadania, podczas gdy jej partner najzwyczajniej tchórzy. 
 

Temat tchórzostwa też wraca. Aż kilka razy, w zupełnie różnych filmach, któryś z bohaterów sam siebie nazywa tchórzem lub od takowych zostaje przezwany. Na przykład u Honga Sang-Soo. Aż cztery jego filmy na festiwalu, a każdy z nich pokazuje mężczyzn – narcystycznych, niewiernych, słabych – w znacznie w gorszym świetle niż bohaterki. Wiemy, że to osobiste, na wpół autobiograficzne kino, co czyni je bardziej przejmującym, jeszcze bardziej ludzkim. Pozwala też polubić całym sercem reżysera, który „po męsku” przyznaje się do „męskich” słabości. Spogląda na siebie szczerze i z ciepłą ironią. 

 

 

W sprawie mężczyzn wiele do powiedzenia ma także kolejny (słuszny!) festiwalowy hit, laureat tegorocznej Złotej Palmy w Cannes – „The Squere” Rubena Östlunda. Zgodnie, choć nie do końca słusznie okrzyknięty przez krytyków „satyrą na świat sztuki współczesnej”, wychodzi przecież daleko poza jej ramy, czyniąc sztukę ledwie punktem wyjścia, tłem, zabawną dekoracją. Znacznie ważniejszym tematem okazuje się tu człowiek, a ściślej facet, którego problemy z własną męskością, odpowiedzialnością, tchórzestwem, oczekiwaniami wobec siebie, wypieranymi kompleksami, dominują na ekranie. Jeśli komuś porządnie się tu dostaje, to nie sztuce, w którą reżyser wymierza raczej przyjacielskie kuksańce, a właśnie jemu (czyli trochę nam), no i przy okazji nieudolnym specom od marketingu. To że Östlund wierzy we współczesną sztukę, świadczy – między innymi, bo przykładów jest więcej – oderwana od fabuły, doskonała scena z człowiekiem-gorylem atakującym snobistycznych gości muzeum. Scena skonstruowana niczym artystyczna ekspozycja, dzieło sztuki w filmie. Przeszywający „esej” o tchórzliwych ludziach. 

 

 

No i wreszcie „Western”, jeden z najlepszych filmów festiwalu. Uwielbiam poprzedni film Valeski Grisebach, genialną „Tęsknotę”. Niemiecka reżyserka kazała na siebie czekać aż ponad dekadę i nie zawiodła. Jej najnowsze dzieło to autorska, twórcza odpowiedź na „Piękną pracę” Claire Denis (którą skądinąd widziałam na NH w zeszłym roku), ubrana w formułę współczesnego kina westernowego. Zaskakujące połączenie gra na ekranie aż miło, pulsując od napięcia i testosteronu. Konflikt rozgrywający się na bułgarskiej prowincji między miejscowymi, a przybyszami – robotnikami z Niemiec – daje z jednej strony cały przegląd męskich, archetypowych postaw, z drugiej z zaskoczenia je rozbraja. Jeśli widzimy nóż, niekoniecznie ktoś mu zostać nim dźgnięty. Grisebach mężczyzn ukazuje wiarygodnie, z empatią, bez złośliwości. 

 

Młodość, narcyzm i inne choroby

 

Mężczyźni i kobiety, miłość i rodzina. Coś jeszcze? Jest jeszcze młodość. Czasem zwycięska, czasem przegrana. Zgubiona przez galopujący narcyzm i głupotę. „Przetrąceni” w reżyserii Helene Hegemann to jedno z moich zaskoczeń festiwalu, na plus. Powiedzieć, że to film o „zbuntowanej nastolatce”, to powiedzieć niewiele. Bohaterka „przetrącona” przez życie i rodzinę, a jednocześnie piekielnie bystra, wrażliwa, zabiera nas w szaloną podróż po nocnym życiu Berlina. Podróż niełatwą, kontrowersyjną, która staje się jakby odzwierciedleniem jej rozedrganego stanu ducha. Film działa jak narkotyk. Wciąga. Po seansie kręci się w głowie, zarówno od humoru i ekspresji, jak i od kwaśnego odoru depresji. 

 

 

Inaczej będzie w „Ludziach, którzy nie są mną” (reż. Hadas ben Aroya). To raczej rozczarowanie, zwłaszcza po obiecujących zapowiedziach. Obraz młodego pokolenia, wiarygodny, krytyczny, ale też wymuszający na widzu próbę identyfikacji, zrozumienia. Byłoby ok, gdyby reżyserka nie uległa, śladem swoim zabłąkanych bohaterów, narcystycznym skłonnościom. Widać to choćby w scenie feralnego stosunku z młodym robotnikiem, brzydko upodlonym nie tyle przez bohaterkę filmu, ale jego twórczynię. To w tym miejscu straciłam serce do oglądania.  

 

 

„Nocturama” Bertranda Bonello. Dziwię się, że film ten nie wzbudził większego zainteresowania wśród moich znajomych. Mnie mocno dał po głowie – inteligentny, przewrotny, dyskretny, nie od razu ujawnia się ze swoimi intencjami. Młodzi bohaterowie – zaangażowani w zamach terrorystyczny – na pierwszy rzut oka są całkiem spoko. Znam podobnych. Tak się ubierają, tak mówią, gdy są na coś nakręceni, wkurzeni, jarają ich te same rzeczy – fajny ciuch, dobra jakość dźwięku w głośnikach, smaczne wino. Jeden z bohaterów dotyka nowego modelu smartfona. „Czyż nie jest piękny?” – pyta. To o tym myśli, o idealnej fakturze telefonu, gdy jego miasto pogrąża się w chaosie, są ofiary śmiertelne, wybucha panika. Bezmyślny bunt, bezmyślna przemoc, idee z Wikipedii. Przypomnijmy sobie te wszystkie kłótnie na facebooku, gdzie dyskutanci przerzucają się informacjami czerpanymi ze statusów znajomych i strzępków internetowych newsów. Wtedy zrozumiemy, że okrutny film Bonello opowiada tak naprawdę o nas samych. Myślę o tym i znów mam ochotę wyrzucić swój telefon do kosza.  

***

Parę festiwalowych obrazków na koniec.
 
Znany pisarz, który biega na seanse z laptopem i smaruje recenzje poszczególnych filmów, by potem wrzucić je na fesja. W większości są niepochlebne, ale przynajmniej zbierają lajki. 

Grupka młodych krytyków w internetowym programie, którzy z manierą zblazowanych mędrców stwierdzają, że wszystko już w kinie widzieli, a krytyka festiwalowych niewypałów to najprzyjemniejsza część ich pracy. 

Dwóch facetów w kolejce, którzy narzekają na jeden z tegorocznych hitów, ale w argumentacji nie potrafią powiedzieć nic poza to, że nie podobał im się jego tytuł. 

Aż w końcu ta para.
„Podobał ci się film?” – pyta dziewczyna. 
„Bardzo” – odpowiada chłopak. 
No. Wreszcie coś, co brzmi sensownie. 


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *