Los Angeles z filmu Tarantino jest nie tyle miastem aniołów, co duchów. Sharon Tate, Bruce Lee, Steve McQueen – odeszli dawno i bez wyjątku za wcześnie, dziś zostali ponownie przywołani. Wyglądają jakoś inaczej – wcielają się w nich aktorzy, a to jest tylko „teatr”, przebieranka. Mimo to kinofilska pamięć ożywa. Gusła wzbudzają emocje, zwłaszcza że posuwają się dalej niż życie. Finał „Pewnego razu… w Hollywood” ma w sobie coś transcendentnego – przekraczamy granicę, obok której wałęsaliśmy się przez cały film.​

Gdy na ekranie pojawia się Luke Perry, po moich plecach przechodzą ciarki. Znany gwiazdor jest kolejnym duchem na tym festiwalu iluzji, tylko prawdziwym – ma swoje oczy i swój głos. On też odszedł przedwcześnie, pod koniec zeszłej zimy, ale kamera zdążyła go jeszcze uchwycić, zamknąć na zawsze w prostokątnym obrazie. W innej scenie pojawia się kościsty Bruce Dern jako George Spahn. Czy w tej roli nie miał wystąpić Burt Reynolds? Owszem, ale nie zdążył; od roku nie żyje. Śmierć nie przeszkodziła mu jednak czuwać nad tym filmem – Reynoldsem jest po trosze Rick Dalton (Leonardo DiCaprio), starzejący się aktor seriali i westernów. Jest nim też Cliff Booth (Brad Pitt), kaskader.  

W 1978 roku Reynolds wystąpił w filmie pt. „Hooper” wyreżyserowanym przez swojego wieloletniego przyjaciela, byłego kaskadera, Hala Needhama. I kaskadera w nim zagrał – podstarzałego, choć wciąż zawadiackiego, który musi ustąpić młodszym rywalom. Kręgosłup już nie ten, na brzuchu odkładają się fałdki tłuszczu, czas płynie jakby inaczej, na niekorzyść. W postaci Hoopera spotykają się oni obaj – Rick i Cliff. Pierwszy z nich sfrustrowany przemijaniem sławy, drugi z zawodu i ducha fachura od zadań specjalnych. Trop idzie dalej. W rzeczywistości Reynolds i Needham znani byli z bliskiej relacji * – kaskader przez lata pomieszkiwał w rezydencji gwiazdora w Los Angeles i obaj żartowali, że gdyby jeden z nich był kobietą, stworzyliby zgrane małżeństwo. Needham zasłynął z karkołomnych numerów, złamanych kości, szelmowskiej natury i tego, że nauczył Johna Wayne'a przekonujących ciosów z piąchy. Awansował w branży, gdy nakręcił z Reynoldsem kultowy film "Mistrz kierownicy ucieka".

Podobnych zbiegów okoliczności – krzyżujących się i mutujących koneksji między postaciami/aktorami/duchami – jest w filmie Tarantino więcej. Rick, tak jak Reynolds, wyrusza do gorącej Italii kręcić spaghetti westerny, grywa w serialach i ma pewne problemy z zakotwiczeniem się w kinie.

Ale przecież nie o zgadywanie tropów chodzi w tym filmie. Bardziej chodzi o duchy.

Burt Reynolds i Jan-Michael Vincent w filmie Hooper

Bohaterowie przeszłości 

Los Angeles jest miastem duchów ulepionym z mitu. Nie byłam tam, ale dużo nauczyłam się z kina. Słońce świeci tu ponoć inaczej, bardziej świetliście, może trochę zdradliwie? W słonecznych uliczkach nietrudno zbłądzić: ulec pokusie, zgubić się jak Marlowe w tropach lub wpaść w morderczą pułapkę. To w tym miejscu leży Hollywood, włączona do Los Angeles fabryka snów, gdzie łatwo o sukces, ale łatwiej o rozczarowanie. Gdzie nie myśli się polityką, a spakowanymi w walizkę przybysza marzeniami. Jest rok 1969, a o Wietnamie mówią wyłącznie w radiu i nikogo to nie zajmuje. Zamiast natrętnych wiadomości lepiej posłuchać muzyki, melancholijnej i zwycięskiej. Reżyser upycha niepokój czasów po kątach, pudruje słońcem, ale ten wciąż jest obecny – w wybuchach Ricka, w przemocy Cliffa, w widmie Mansona. Spacerująca po ekranie Sharon Tate, mimo że roześmiana i słoneczna jak całe L.A., utkana jest z podskórnego niepokoju. Przecież wszyscy wiemy, jak jej bajka skończyła się naprawdę.

A więc Hollywood. W latach sześćdziesiątych nadwątlone i zmęczone imperium, założone kilka dekad wcześniej przez patriarchów w popielatych garniturach, którzy zapragnęli opowiadać epickie historie. Zaczynali od westernów, filmów programowo zanurzonych w przeszłości. Człowiek Zachodu jest zatem człowiekiem przeszłym, duchem przypisanym Hollywood podobnie jak western, do dzisiaj uparcie snuje się po jego bajkowych wzgórzach. Rick Dalton to jeden z takich duchów.

Czytaj też:   Jak zostać czarownicą? - przypadek Amandy Knox

Rick to poczciwy, choć szorstki facet, który łatwo się rozkleja. Konserwatysta z przekrwionymi oczami, od którego zalatuje gorzałą. Żałośnie zapatrzony w Polańskiego – z zagranicy przywozi zagraniczną żonę i podobną do Polaka fryzurę. Wyjechał, bo w Hollywood przestało mu się powodzić. Zatrudniali go już tylko do ról czarnych charakterów, przez co na końcu zawsze zbierał cięgi. U Tarantino będzie inaczej. W tym filmie Rick zagra wybawcę z miotaczem ognia w rękach. Imponujące? Nie do końca. Finałowy triumf Ricka jest tyleż spektakularny, co zaprawiony ciężką ironią – to dzieło przypadku, w którym bohater nawet nie wie, co się wydarzyło i po co. Trudno w jego działaniu dostrzec heroizm, dżentelmeństwo, romantyczny akt wybawienia kobiety. 

Tarantino portretuje bohaterów z sympatią, wręcz ich uwielbia, ale nie unika wieloznaczności. Nie redukuje ich do jednego rodzaju funkcji i poprawnościowych wymogów, nie zawęża do płaskiej idei, nie oddziela czerni od bieli. Jakby mówił: „rzeczy są bardziej złożone, niż myślisz”. Dlatego jego Rick jest palantem, a mimo to daje się lubić. To uczciwy sposób na uprawianie nostalgii – lubimy kowbojów, choć znamy ich wady. Tęsknimy za przeszłością, ale jesteśmy świadomi jej idealizacji. Czy nie w ten sposób tęskni się w westernach?

Jeszcze bardziej skomplikowana jest sprawa z Cliffem, na pierwszy rzut oka sympatycznym luzakiem z błyskiem w oku, dobrym kumplem, weteranem pokiereszowanym przez wojnę, ale żyjącym jak hipis. Przy bliższym poznaniu jest to jednak facet co najmniej niepokojący. Za Cliffem ciągnie się mroczna przeszłość (zabił żonę czy nie zabił?), jest na bakier z policją, psa wymusztrował na zabójcę, a jego skłonność do wybuchów skrajnej przemocy daleko odbiega od normy. W tym kontekście scena, w której Cliff wgniata Bruce’a Lee w samochód, nabiera nowego znaczenia; oto amerykański macho dowodzi swojej siły nad chińskim emigrantem. Ironia u Tarantino wciąż ma się świetnie.

Mimo wszystko pamiętajmy, że to Bruce położył żołnierzyka na ziemię jako pierwszy. 

Żarty żartami, ale…

„Pewnego razu…w Hollywood” jest, bez zaskoczeń, filmem typowym dla swojego twórcy, nostalgicznym, wieloznacznym i osobistym. Reżyser nie tylko wraca do swoich obsesji, ale komentuje też bieżące, ciężkie jak ołów tematy, które go dotyczą. Wątki z „hipiską”, która składa Cliffowi niemoralną propozycję i zostaje przekornie odrzucona, czy z żoną, która ląduje na dnie oceanu, zdają się komentarzem do świata po Weinsteinie. Reżyser znów kieruje kamerę na kobiece stopy, ale nawet w tym znajduje okazję do ironicznego żartu, niby autorecenzji – tym razem będą to stopy złośliwie brudne, z odciskami. Z brudnych, ale zgrabnych stóp można nawet ułożyć jakąś metaforę. Tym jednak, co komentuje się tu najchętniej, jest ekranowa przemoc – przez lata i do znudzenia wytykana reżyserowi, jednocześnie niezmiennie upragniona.

„Wspaniała zabawa, dużo trupów!” – mówi w jednej ze scen Marvin Schwarz o filmowym hicie z Rickiem Daltonem. „Fantastyczny pomysł z rzuceniem tej dziewczynki o ziemię!” – w innym momencie ktoś wyraża uznanie dla Daltona, który w szale improwizacji popchnął dziecko. Do celebracji magicznej chwili, gdy publiczność zaśmiewa się na filmie z Sharon Tate, „The Wrecking Crew”, Tarantino z premedytacją dobiera scenę, w której aktorka walczy na gołe pięści i kopniaki (przyuczona zresztą przez Bruce'a Lee). Jak widać, przemoc to w Hollywood gorący przedmiot pożądania. Najbardziej świadczy o tym finał, a raczej jego wypatrywanie. "A teraz to, na co wszyscy czekacie” – słowa te mimochodem dobiegają z telewizora na Cielo Drive, niby niewinne, a przecież dobrane z uszczypliwą precyzją; są zapowiedzią finałowej masakry. Oto cyniczny żart kuglarza, który dobrze zna swoją publikę, potrafi nad nią panować i sterować jej reakcjami. Ma świadomość, że na sali siedzą również zniecierpliwieni widzowie, którzy nie przyszli tu kontemplować. Wraz z rozpoczęciem jatki zarówno oni, jak i cała reszta, zaczną cieszyć się i śmiać jak dzieci.  

Czytaj też:   W związku z naturą. Esej dla czasopisma EKRANy

Odwracając się w tym momencie i rozglądając po sali, można wyłapać twarze łudząco podobne do roześmianych widzów na seansie „The Wrecking Crew”. W ten sposób scena zostaje powtórzona, ale tym razem nie na ekranie, a w prawdziwym życiu. Granica między filmem a rzeczywistością znów się zaciera. 

Tarantino dowodzi na żywym materiale, że choć za przemoc karzemy dziś mandatami, to nadal jej łakniemy; bez niej jesteśmy znudzeni. Finał jest kolejnym w jego portfolio przykładem przemocy groteskowej, jakby wyjętej z odcinka „Happy Tree Friends”, a więc wrzuconej w cudzysłów, bezpiecznie odrealnionej. To również kolejny akt zemsty – dającej dziką radość, ale nie satysfakcję. Jej pełnię hamuje choćby niepokojąca swoboda, z jaką zabijanie przychodzi bohaterom, niby poczciwym facetom, ale czerpiącym z przemocy przyjemność. Hamują ją również twarde fakty. Choć świat w kinie bywa mniej smutny, a bardziej sprawiedliwy, to po napisach końcowych wszystko wraca do dawnego porządku.

Moją ambicją jest jaranie i oglądanie TV – Melanie Ralston

Bardzo lubię scenę z „Jackie Brown”, w której siedząca przy biurku bohaterka przygotowuje się na finał przyrządzonej przez siebie intrygi. Czekając w pustym biurze na Ordella, czuje zdenerwowanie – jeden fałszywy ruch i faceci, których wkręciła, ją zdemaskują. Czas mija, napięcie rośnie, Jackie wierci się w fotelu. Przymierza do ręki broń, ćwiczy celowanie, a potem naśladuje bohaterki filmów noir – wstaje, gasi światło, znów siada przy biurku, teraz oświetlonym jedynie małą lampką. Nie widać jej w tej ciemności, można dojrzeć jedynie kontur puszystych włosów. Wtedy kobieta zapala papierosa i wydmuchuje popielatą chmurkę, która jak w komiksach wznosi się nad jej głową. Tak jest lepiej, w tym anturażu jest już gotowa. Znajomy z kina obrazek powstaje na naszych oczach szczegół po szczególe, jakbyśmy zaglądali za kulisy.

W tym samym filmie ma miejsce rozmowa, w której Ordell dowodzi, że najbardziej chodliwa na rynku broń to ta, której używają bohaterowie filmów i seriali. Każdy chce zabijać bronią z „Ulic Nowego Jorku”, nieważne, że się zacina. Namysł nad popkulturą, która nakręca zarówno filmowych bohaterów, jak i życie, jest w kinie Tarantino przewlekła – wraca jak katar sienny. Nowy film nie jest wyjątkiem.

Jackie Brown

O niej właśnie, o popkulturze, która ponoć uczy przemocy, rozmawiają tuż przed włamaniem dzieciaki z bandy Mansona. Pomysł, by się zemścić na złowrogim medium, kieruje ich nie pod adres Polańskiego i Tate, ale do posiadłości Ricka Daltona, telewizyjnego aktora. Pamiętają go z serialu, w którym zagrał i który w tym świecie oglądał pewnie każdy – psychopaci, mordercy, poczciwi ludzie, nieistotne. Jakby reżyser mówił: wszyscy jesteśmy dziećmi tej samej popkultury i wierzymy w te same duchy. Zemsta młodocianych nie może się jednak udać – z popkulturą się przecież nie zadziera. 

Na koniec bohaterowie się rozchodzą. W tym świecie nie ma już miejsca dla Cliffa, ale Rick może jeszcze coś dla siebie ugrać. Gdy zajrzy do sąsiadów, Tate zaprosi go na drinka. To moment, w którym duchy (anioły?) ożywają na całego – na chwilę unosimy się dalej niż kino, pod samo niebo. A tu, pośród świetlistych gwiazd, umarli już nie straszą, ani nie niepokoją. Tylko kołyszą do snu.

I'd be safe and warm if I was in L.A.
California dreamin'..


* Na temat relacji Reynoldsa z Needhamem nakręcono nawet dokument pt. "The Bandit", który można obejrzeć na YT. Jeszcze nie widziałam, dopiero go odkryłam, ale zapowiada się bardzo ciekawie! 


2 Replies to “„Pewnego razu… w Hollywood”, czyli ghost story

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *