To była jedna z tych nocy, które nie dawały zasnąć. Dla nas, kinomanów, takie noce kończą się zwykle tak samo – seansem filmowym. Bywa, że niedokończonym, bo powieki wreszcie ulegają ciężarowi opowieści. Ale czasem jest inaczej. Są filmy, które obejrzane w nocnej samotności, działają lepiej niż kofeina.

„Dzika droga” – ten prosty, według internetowej opinii banalny film z legalną blondynką w głównej roli, okazał się dla mnie jednym z tych filmów, z którymi można doczekać świtu. Filmem bardzo moim. W internecie nie pisze się o nim dobrze. Oskarża o płytką psychologię i płytką bohaterkę. I że głębia, taka jak tutaj, występuje głównie w "kobiecej literaturze". Ewentualnie w poradnikach dobrego życia.

Nieprawda.

Przypadek faktycznie typowy. Typowo filmowy. Otóż pewna dziewczyna, ugięta pod ciężarem gigantycznego plecaka i pokomplikowanego życia, przechodzi dwa tysiące kilometrów słynnym, pieszym szlakiem wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, od Kalifornii do granicy z Kanadą. Trasa przynosi jej oczyszczenie. Samotność podróży pozwala skonfrontować się z bolesnymi wspomnieniami, posegregować je, przerobić na nowo, ale tym razem ze słuszną optyką, bez racjonalizacji i bez autocenzury, zrozumieć, zaakceptować i sobie odpuścić. Podróż owszem, jest ucieczką, ale jednocześnie  też aktem odwagi – nie tyle w wymiarze fizycznym, co psychicznym. Najtrudniej bowiem dokonywać trudnych rozliczeń w samotności i w ciszy. Gdy sumienie przeciąża się od grzechów, rozciągająca się w czasie samotność i cisza podróży bywają wyjątkowo dotkliwe. Tak już jest, że nie lubisz być sam ze sobą, gdy siebie nie znosisz.
 

wild 3


Nie czytałam książki, na podstawie której nakręcono film. Autorka, Cheryl Strayed, opowiada w niej własną historię. Nie wiem, jak autentyczna wydałaby mi się w literackim ujęciu, ale w filmie jest bardzo autentyczna. To zasługa przyjemnej, namacalnej Reese Witherspoon, która udowadnia, jest zdolną aktorką. To zasługa również sposobu, w jaki poprowadzona została cała historia. Bo zrobiono to nie tylko ciekawie, za sprawą rwanego montażu niebanalnie, ale też z godną podziwu empatią.

W obronie prostych historii

W recenzjach, na które natrafiłam w sieci, często zarzuca się bohaterce, że jej przemiana jest niewiarygodna, bo dokonuje się za szybko i zbyt radykalnie. Nie wiem skąd te wnioski i recenzencka znajomość psychologii. Nie jestem też przekonana, czy przemiana Cheryl była faktycznie przemianą, czy raczej zrzuceniem maski. Toksycznej zbroi, która nie chroni, ale zatruwa. Odnalezieniem siebie – jak głosi podtytuł książki – prawdziwej siebie, tej nieoszukanej i nieoszukującej się. Banał? Owszem. Ale jednocześnie bardzo namacalny. 

Czytaj też:   „Pewnego razu… w Hollywood”, czyli ghost story

To nie pierwszy raz, gdy czytając internetowe opinie, nie umiem zrozumieć, dlaczego coraz mniej ufa się prostym i dobrze znanym historiom. Jeśli coś jest proste, jeśli coś „już było” – z upodobaniem wytyka mu się wtórność. To ulubiony zarzut internetu – przewidywalność, trywialność, zbyt oczywiste zakończenie, wreszcie nieśmiertelny, ulubiony przez recenzentów banał. Dzisiaj, nowocześni, zblazowani i wymagający, boimy się prostych, czystych kategorii. Boimy się też liryzmu, opowieści o miłości i innych, podstawowych uczuciach – umniejszamy je, nie doceniamy ich wartości, lekceważymy. Zapominamy, że świat stoi właśnie na prostych historiach.

Paradoskalnie dzisiaj przepis na dobrą ocenę recenzenta jest bardziej przewidywalny niż filmowy banał. Żeby nie zostać posądzonym o wtórność, trzeba maksymalnie skomplikować sprawę, czymś zaskoczyć, coś pomieszać, porozsiewać nieoczywistości, zrobić „bum” na końcu, albo lepiej – na początku, w środku i na końcu, a przy tym wszystkim koniecznie zachować ramy wiarygodności – bo niewiarygodność, jaskrawość i brawura też jest głupia. Tylko taki film ma szansę zostać docenionym przez dojrzałego, cynicznego recenzenta, który przecież już dawno przestał wierzyć w bajki o szczęśliwej miłości i cudownej przemianie.  

Ta recenzencka nonszalancja nie pozwoli niestety dostrzec, że „Dzika droga” nie jest filmem banalnym nie tylko w zakresie fabuły, ale też w sposobie jej przedstawienia. To film pomysłowo i z wyczuciem zniuansowany między innymi za sprawą scen, które zawsze coś znaczą i wnoszą, świetnie dobranych, równie świetnie napisanych dialogów i przemyślanych retrospekcji. Bodaj pierwszy raz – przynajmniej w moich filmowych poszukiwaniach – znalazłam retrospekcje, które tak bardzo przypominają autentyczne wspominanie. Ustawiczne analizy w głowie, migawki z przeszłości mieszające się z teraźniejszością i fantazją, różne w długości i intensywności poplątane chronologicznie myśli, cichy koszmar, myślowy mętlik. Co ciekawe, to wszystko zmiksowano tak inteligentnie, tak klarowanie, że widz nie ma szans się pogubić. Historia płynie, wszystko jest jasne. Być może dlatego coś niebanalnego odbiera się tu jako banał.

Czytaj też:   Ratownik, czyli żałoba po lecie

***

Jest taka książka Tove Jansson pt. „Lato”. W jednym z jej rozdziałów główna bohaterka spędza noc w namiocie, w lesie nieopodal domu. I jest to noc naprawdę straszna – mimo że las nie jest specjalnie dziki i nie grasują tam niedźwiedzie, grzechotniki ani wilki. Każdy, kto spędził kiedyś noc w całkiem zwyczajnym lesie, wie, dlaczego ta potrafi być straszna. Noc w lesie żyje. Ogrom leśnych dźwięczków i dźwięków, który daje się usłyszeć, gdy reszta świata śpi, jest wprost niepojęty. Wszystkie listeczki i liście, patyczki i patyki, roślinki i rośliny potrząsane przez wiatr lub małe i większe, niegroźne stworzonka – nagle stają się wyraźne. Teraz, w ciemnej głębi lasu, wspólnie składają się na leśną symfonię odgłosów, która nie pozwala zasnąć. Wydaje się, że ktoś obok naszego namiotu chodzi. Że jest tuż na wyciągnięcie ręki, zaraz za barierą kopuły namiotu czyha i z pewnością ma złe zamiary. Te kroki nie są prawdziwe. To naturalne dźwięki zwykłego, niegroźnego lasu. O tym pisze też Tove Jansson. Dlaczego o tym wspominam?

Można przeczytać tu i ówdzie opinię, że „dzika droga”, którą pokonała autorka, wcale nie była taka dzika – szlak dobrze oznakowany, pomoc innych podróżników, ślimacze tempo, możliwość wymiany butów lub zakupu gazowanego napoju. Cóż to za wyczyn przejść takim „prostym” szlakiem? A przecież nie trzeba spotkać się oko w oko z niedźwiedziem grizzly, by naprawdę najeść się strachu. I bez straty nogi czy ręki można poczuć ból. A nawet bez samotnego umierania gdzieś w głębi dzikiej Alaski można zrozumieć, co to trud podróży. Krytycy, do lasu! Zobaczymy, jak sobie poradzicie.


2 Replies to “Prosta historia o dzikiej drodze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *