Film

Spadając z wysokiego konia. O przegranych.

Jak mawiał pewien rewolwerowiec: „Są dwa rodzaje ludzi – ci z naładowaną bronią i ci, którzy kopią.” Dla tych drugich, tych z łopatą, życie zazwyczaj bywa mniej łaskawe. Kino w jakiś sposób to nadrabia. Straceńcy i przegrani chociaż na ekranie sprawdzają się dobrze. 

Niedawno obejrzałam dokument o Johnie Cazale. Tym znakomitym aktorze, którego nazwisko nie wszystkim zapadło w pamięć, ale ci, którzy oglądają filmy, kojarzą przynajmniej jego twarz. To on zagrał Fredo w „Ojcu Chrzestnym”, Sala w „Pieskim popołudniu” czy Stana w „Łowcy Jeleni”. Wystąpił zaledwie w sześciu filmach, wszystkie nominowano do Oscara. Zmarł na raka w wieku 43 lat. Dokument „I Knew It Was You: Rediscovering John Cazale” składa się głównie z wypowiedzi innych aktorów, zwłaszcza przyjaciół z planu Cazale’a – Roberta De Niro, Meryl Streep, Ala Pacino – które układają się nie tylko w ładny hołd, ale również tworzą portret artysty najlepiej sprawdzającego się w rolach loserów. A jak mówi Al Pacino, niełatwo grać losera. Słabość jest czymś, czego boją się aktorzy. Mało kto chce zostać Fredo, każdy woli być Michaelem Corleone. To być może jeden z powodów, przez które nazwisko Cazale’a słabiej się kojarzy – jego niewygodne, specyficzne role. Widownia najlepiej pamięta (lub woli pamiętać) twardzieli. Siła budzi szacunek, słabość zaś współczucie, odrazę albo jeszcze gorzej – śmiech. A śmiech to ostatni poziom piekła, wyjątkowo upokarzająca sankcja.

Łatwo śmiać się z Tommy'ego Wiseau

Coś ciekawego do powiedzenia na ten temat może mieć Tommy Wiseau, najbardziej obśmiewany reżyser świata, autor kultowego „The Room”, najgorszego filmu w historii. Za bary z jego enigmatyczną i dziwaczną osobowością wziął się niedawno James Franco. Z sukcesem – nagrody już zaczęły się sypać, a szum medialny rośnie w siłę. „Disaster Artist” to film bardzo zabawny, zarówno za sprawą brawurowej roli Franco, jak i dzięki oryginalnemu materiałowi. Dlaczego tak bardzo śmieszy nas Tommy Wiseau? Można powiedzieć, że w pierwszym odruchu śmiech bierze się z zaskoczenia, komicznego zadziwienia, jakie powoduje ekscentryczność tej postaci, jej nieprzewidywalny urok, nieprzystosowanie i naiwny zapał jednocześnie. Ale czy tylko?

Moglibyśmy zarzucić Franco, że poszedł na łatwiznę, gdyby poprzestał wyłącznie na powierzchownym „małpowaniu” autora „The Room”. Proste szyderstwo okazałoby się na dłuższą metę nie tylko nużące, ale również wątłe moralnie. Wszak śmiejemy się z faceta, który istnieje, a nie z fikcyjnego bohatera. Franco sugeruje jednak, że przewrotny sukces Tommy'ego to nie tylko kult i ubaw po pachy, ale również rozczarowanie, osobista klęska. Nie bez znaczenia wydaje mi się scena castingu, w którym Wiseau bierze udział. Słyszy wówczas, że ma „nieżyczliwą aparycję”. Że doskonale sprawdziłby się w rolach schwarzcharakterów, złoczyńców, łotrów. Mógłby zagrać Draculę, Frankensteina, Calibana. „Nie jestem przerażający!” – broni się Tommy. „To wy jesteście łotrami!” – wykrzykuje wreszcie, jak zranione, bezbronne dziecko, w stronę przesłuchujących go „mądrych głów”. „Wy i wasze śmieszki. To właśnie robią złoczyńcy, śmieją się. HAHA!” I ten zarzut, my, widzowie, powinniśmy wziąć sobie do serca.   

To „HAHA” będzie się snuć za Tommym jak cień. Zaśmiewać będą się jego współpracownicy, potem widzowie na premierze „The Room”, aż wreszcie i my, przez kolejne lata, na licznych pokazach, potem na filmie Franco. My, złoczyńcy, „śmiejące się bestie” jak u Hrabala. Z przyzwoleniem, jakby usprawiedliwieni, bo przecież… trudno się nie śmiać, wszyscy się śmieją. Scena „wielkiej” premiery w „Disaster Artist” to już nie komedia, przynajmniej nie dla Tommy’ego, a moment prawdy, odarcia ze złudzeń. Bo co tu się tak naprawdę wydarzyło? Po pierwsze – w akompaniamencie rechoczącego tłumu, na tle wykrzywionych w grymas Jokera twarzy, nasz bohater nagle dowiaduje się, że nie jest ani Marlonem Brando, ani Tennessee Williamsem, choć gorąco w to wierzył. Po drugie, chyba jeszcze mniej przyjemne – Wiseau pokazał światu coś intymnego, opowieść, w której obnażył siebie jako człowieka, tymczasem zupełnie nikt go nie zrozumiał. Fakt, że Tommy to megaloman, a jego film jest bez żadnych wątpliwości zły, nie znieczula upokorzenia. Znamy to z własnego doświadczenia – śmiech jest przykry nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że nasi szydercy się nie znają, że nic nie wiedzą. Śmiech jest bardziej dotkliwy niż „poważna”, konstruktywna krytyka. „Ośmieszenia boi się nawet ten, kto niczego nie boi się na świecie” – pisał Gogol. Mało kto chciałby znaleźć się na miejscu Wiseau, przynajmniej w tamten felerny dzień.

The sky is the limit?  

To raczej nie przypadek, że to właśnie James Franco postanowił opowiedzieć historię słynnego filmowego grafomana. Facet, który mierzy wysoko, choć z różnym skutkiem. Na koncie ma ekranizacje Steinbecka, McCarthy’ego czy Faulknera i… masę negatywnych recenzji. Nie tak dawno w jednym z internetowych programów krytycy dziwili się, że ten uśmiechnięty, niepoważny, łobuzerski aktor zagrał znakomitą, wymagającą rolę w „Kronikach Times Square”. Nikt by się nie spodziewał, to przecież tylko błazen Franco, aparycja chłopca, iskierki w oczach. Mnie nie dziwi, że akurat ten „chłopiec” w klęsce Wiseau dostrzegł coś więcej niż okazję do szydery. 

Właśnie, w klęsce czy w sukcesie? Tommy Wiseau od lat nie może narzekać na popularność, a szeroki, olśniewający uśmiech nie znika z jego twarzy. Ostatnio widziałam go u Jimmy’ego Kimmela, doskonały ekwiwalent sławy. Internet wypowiada się o Wiseau z entuzjazmem, lub – bywa i tak – z nieznośną protekcjonalnością, jakby jego wyznawcy tworzyli elitarny klub poklepujących po plecach, dopingujących „dziwność” dla funu, z bezpiecznej perspektywy normalności. Czy o taką popularność chodziło Tommy’emu Wiseau? Czy zmierzając w stronę słonecznego Los Angeles, marzył o tym, by stać się sławnym, popularnym, bogatym i lubianym, ale jednak pośmiewiskiem? No dobra, z ręką na sercu. Kto by o tym marzył?

Mieć porażkę w genach

Można przegrać na wiele sposobów. Nie zawsze chodzi o brak talentu czy o sprawiedliwość. Istotne są również okoliczności, szczęście, odwaga, może przeznaczenie. W zasadzie wszystko się liczy. Najgorzej chyba mają ci naiwni, którzy zawzięcie trzymają się złudzeń. I ci, którzy robią głupie błędy. Głupich błędów świat nie lubi wybaczać.

Do dziś nie wybaczył na przykład Tonii Harding, powszechnie znienawidzonej łyżwiarce figurowej, która swoją sportową karierę przekreśliła w skandalicznie niesportowy sposób. Zamieszana w zamach na zdrowie największej rywalki (Nancy Kerrigan oberwała w nogi gumową pałką), który zaplanował jej były mąż (nie wiadomo jak bardzo w te plany zaangażowana była Tonya), a wykonał jej ochroniarz, dostała miażdżącą karę. Zmuszono ją do wycofania się z Mistrzostw Świata, wyrzucono z Amerykańskiego Związku Łyżwiarskiego i skazano na 3 lata w zawieszeniu, zapłatę 160 tysięcy dolarów odszkodowania oraz 500 godzin prac społecznych. I dożywotnią hańbę.

Historia tej hańby zaczyna się jednak dużo wcześniej niż w chwili napaści na Kerrigan. O tym opowiada film „I, Tonya” Craiga Gillespie, odświeżające dziełko na tle mdłej tradycji biopiców. Kluczem do rozszyfrowania porażki niesławnej łyżwiarki jest jej pochodzenie. Tonya to „biały śmieć”, whitetrashowa królowa lodu, która z mlekiem (nieczułej, cynicznej i niekochającej) matki wyssała niewyparzoną buźkę, tandetność i atletyczne proporcje. Zasłynęła techniczną perfekcją i brawurowym potrójnym axlem, ale w promujących delikatną kobiecość rozgrywkach jej siłowa jazda i niewydarzony charakter od początku działały niczym błąd w systemie, farfocel w krystalicznie czystej wodzie. Taki farfocel psuje zabawę, klimat, dobre samopoczucie swoją innością, nieprzyjemnym smrodkiem biedy, traumy, zła i bólu. Dyskryminowana, wygwizdywana, obśmiewana Tonya była w środowisku łyżwiarek intruzem, na którego spogląda się z odrazą, bo nie pasuje do utartego schematu. A jak to z utartymi schematami bywa – są mało pojemne i bezwzględne. Intruz zwykle nie utrzymuje się na powierzchni, prędzej czy później idzie na dno.

Gillespie nie usprawiedliwia błędów Tonii pochodzeniem. Nie zrzuca też całej winy na męża. Sprytnie dystansuje się od objawionej, „właściwej” prawdy – energicznym stylem opowieści, fioletem ejtisów, ryzykownym (bo sąsiadującym z przemocą) humorem, aż wreszcie, blisko finału, zwariowaną komedią absurdu. Humor nie przeszkadza mu jednak podsunąć kilku innych, ciekawszych niż cała intryga spostrzeżeń – o klasowości, wykluczeniu, odrzuceniu. O prawdopodobieństwie porażki zapisanym w genach. O klątwie złośliwych wróżek, które przez całe życie podsuwają pod palce niebezpieczne wrzeciona.

Kobieta mnie bije…

Oglądając zmagania Tonii z lodem i światem, przypomniałam sobie o jeszcze jednym, niedawno widzianym na ekranie, przegranym sportowcu. Mowa o bohaterze niezbyt udanej, ale pod pewnymi względami ciekawej „Wojny płci” Jonathana Daytona i Valerie Faris. Tematem filmu jest głośny mecz pokazowy, w którym Billie Jean King stanęła w szranki z podstarzałym, ale utytułowanym tenisistą, Bobbym Riggsem. Riggs przegrał z kretesem. 

Znaczenie porażki Riggsa doskonale opisuje Jeffrey Eugenides w „Intrydze małżeńskiej”:

Nieważne, że Bobby Riggs miał pięćdziesiąt pięć lat, Billie Jean King dwadzieścia dziewięć, ani to, że Riggs nie był szczególnie wybitnym graczem nawet w swych najlepszych latach. Ważne było to, że mecz, od tygodni reklamowany jako „bitwa płci”, transmitowała telewizja ogólnokrajowa w czasie największej oglądalności i ż wygrywała kobieta. Jeśli jakiś jeden moment definiował dziewczyny z tego pokolenia, odzwierciedlał ich aspiracje, wyraźnie ukazywał, czego oczekują od siebie i od życia, były nim te dwie godziny i piętnaście minut, kiedy cały kraj oglądał faceta w białych szortach, który dostaje baty od kobiety, zostaje przez nią rozgromiony, aż w końcu nie pozostaje mu nic innego, jak po meczbolu przeskoczyć niepewnie siatkę. I nawet ten gest był znamienny: przeskakuje się siatkę po wygranym meczu. Jakież to było męskie, zachować się jak zwycięzca, kiedy przed chwilą zostało się rozłożonym na łopatki. 

W istocie, Billie Jean King jeszcze przed rozgrywką miała powiedzieć swojemu rywalowi, że ten mecz jest ważny, bo stawką w nim nie jest wyłącznie zwycięstwo, ale społeczna zmiana, poprawa delikatnej pozycji kobiet w świecie sportu. Bobby zareagował tyleż kpiąco, co nieoczekiwanie: „nie malutka, tu chodzi o pieniądze.” W tej cynicznej odpowiedzi kryje się złożoność przegranego tenisisty, który okazuje się kimś ciekawszym, niż można przypuścić. Nie tyle „samozwańczą, szowinistyczną świnią”, ale zdesperowanym, słabym człowiekiem, który z tęsknoty za lepszymi czasami i dla szumu wokół siebie, w tym – lepszego stanu konta – założy każdą maskę i zagra każdy spektakl. Przypadkiem trafia na rolę szowinisty.  

„Wojna płci” nie wykorzystuje potencjału szalenie ciekawego materiału, wpadając w koleiny nieznośnych klisz i skrótów. Historii poszukiwań seksualnej tożsamości przez Billie Jean King (dobra rola Emmy Stone) brakuje głębi, ostatecznie ta część filmu, rozegrana na jednej, mdłej nucie, bardzo rozczarowuje. Za to portret Riggsa, zniuansowany i nieoczywisty, to jedna z nielicznych rzeczy, która w tym filmie wyszła. Rewelacyjnie zagrany przez Steve’a Carella tenisista nie jest odrażającym typem. Jest ludzki. Rywalka traktuje go pobłażliwie, szybko poznaje się na jego gierkach. I szanuje go jako sportowca. Wie, że slogany Riggsa, na czele ze słynnym „kocham kobiety w sypialni i w kuchni, w tej kolejności”, to tylko pusta prowokacja. Ku uciesze tłumu, na korzyść spektaklu. Film celowo przedstawia tenisistę nie tylko jako faceta w kryzysie wieku średniego, ale również niewydarzonego (problemy z hazardem), choć, co ważne, oddanego męża. To nie Riggs był zatem największym przeciwnikiem Billie Jean King, ale jego publika, która szowinistyczne prowokacje swojego idola odbierała całkiem na serio.

Ostatecznie Riggs przegrywa. Głupawy uśmiech znika z jego twarzy. Spocony, zdyszany i upokorzony wraca do szatni. Od dziś będzie głównie pamiętany nie za dawne zwycięstwa, ale za tę jedną porażkę.

Powrót do szatni, prawdziwej lub symbolicznej, ze zwieszoną głową, samotnie jeśli nie liczyć czarnych myśli – to największy koszmar przegranych. W takich chwilach przydaje się idea wyczytana w „Marsjaninie” Andy’ego Weira – porażkę można przecież nazwać inaczej, na przykład "nabywaniem doświadczeń". Brzmi lepiej. To banał, ale życie nie kończy się w pustej szatni. Spójrzcie na uśmiech Tommy’ego Wiseau, może to pomoże.


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *