Film

Stand by Me. Krótko o filmie.

Każda dekada ma swoje tęsknoty, własną nostalgię. Dzisiaj „gorącym” przedmiotem nostalgii są lata 80-te, ich nastrój, obsesje, krucha uroda. Z uporem maniaka oglądamy się wstecz, do tamtego czasu, żywiąc przekonanie, że w celebrowaniu przeszłości jesteśmy najlepsi. Czyżby? Przecież mityczne „ejtisy” również potrafiły tęsknić.

Stand by Me Roba Reinera to film przesiąknięty nostalgią. Podobną do tej, którą znamy z szeregu innych tytułów tamtej dekady: z Dirty DancingPeggy Sue wyszła za mąż czy ikonicznego w tym temacie Powrotu do przyszłości. Jest co wyliczać. Tak jak dzisiaj kino na nowo przerabia epokę neonów i legginsów, wówczas chętnie przenosiło się do ery brylantyny i rozkloszowanych spódnic. Nierzadko idealizując ją – układając lepszą, słodszą wersję przeszłości, odizolowaną od ówczesnych napięć politycznych, lęków i konfliktów. Bohaterowie Stand by Me nie słuchają w radiu natrętnych informacji o wyścigu zbrojeń i Nixonie. Najbardziej interesuje ich dobiegający z odbiornika zwycięski rock and roll.

Reiner oparł swój film na opowiadaniu Stephena Kinga pt. Ciało (zamieszczonym w zbiorze Cztery pory roku), jednym z rzadszych tekstów w dorobku pisarza pozbawionych elementów nadnaturalnych. Jednocześnie bardzo bliskim kingowskiej mitologii – małe miasteczko, urok zwyczajności, przyjaźń, młodzi bohaterowie w konfrontacji z patologią świata dorosłych z jednej strony, z drugiej – z bandą starszych oprychów. A na dokładkę trup. „Chcecie zobaczyć martwe ciało?” – pada kluczowe pytanie. Odpowiedź przychodzi natychmiast. Będzie nią przygoda, wyprawa w nieznane.

Stand by Me to adaptacja idealna. Film z doskonałą intuicją wyciąga z tekstu Kinga to, co najważniejsze, fragmenty zdań, kluczowe rzeczy. Operuje skrótem, ale nie gubi nic ze stworzonej przez pisarza atmosfery, sprzeciwia się przegadaniu historii. Chłopięcy świat, który kreuje, jest pełny, plastyczny i uniwersalny. To ta rzeczywistość, w której wspólne chwile spędzone na złomowisku, paplaniu o niczym i rzucaniu kamieniem w puszkę urastają do rangi symbolu. W której drogę należy pokonać pieszo, torami, nawet dodając sobie kilometrów, bo stopem to już nie to samo. Jazda stopem jest dla frajerów.

Reiner uprawia nostalgię na dwa fronty, co zresztą często zdarza się w kinie. Z jednej strony przywołuje nastrój „modnej” wówczas dekady, z drugiej pielęgnuje uniwersalne, bo bliskie każdej epoce, słodkie wspomnienie dzieciństwa. Tęsknota za pierwotną niewinnością, czasem pierwszych (i poniekąd ostatnich) iluminacji, porządkiem charakterystycznym dla lat młodzieńczych, gorącym latem. „Wszystko wokół nas było prawdziwe. Wiedzieliśmy, dokąd zmierzaliśmy” – mówi narrator, pisarz wracający myślami do czasów, gdy miał dwanaście lat i jedyny raz w życiu prawdziwych przyjaciół. Chłopięca przyjaźń jest w tej historii wartością naczelną i ostateczną. „Rozmawialiśmy o rzeczach, które wydawały nam się ważne, zanim jeszcze zwróciliśmy uwagę na dziewczyny” – wspomina. I faktycznie. Dziewczyn nie ma tu wcale. Na dziewczyny przyjdzie jeszcze czas.

Stand by Me to niezwykły film, który z czasem staje się jeszcze lepszy, zbiera żniwo nostalgii wśród kolejnych pokoleń, regularnie umacnia swój mit. Jego siła tkwi nie tylko w idyllicznym spojrzeniu na późne dzieciństwo, ale w świadomości jego nieuchronnego końca. Smutna myśl, że to ostatni taki epizod – już za chwilę się rozejdziemy, dorośniemy, a powrót w to miejsce nie będzie możliwy –towarzyszy tej opowieści od samego początku. Po pierwsze, za sprawą narratora, dorosłego faceta, który dobrze wie, że ostatnie dni niewinności niedługo ustąpią prawom dorosłego świata. Po drugie, poprzez nieustanną obecność śmierci. Celem podróży chłopców są zwłoki, ale ze śmiercią obcują oni także na co dzień. Gordie niedawno stracił ukochanego brata w wypadku, a jego rodzina wciąż pogrążona jest w żałobie, Teddy ma niezdrowe, „samobójcze” zapędy, co chwilę igra z losem (np. uskakuje przed rozpędzonymi pociągami), no i Chris, o którym szybko dowiadujemy się, że zginie za wcześnie, w bezsensownych okolicznościach.

Dwa cudowne ostatnie dni sierpnia podszyte są więc w Stand by Me goryczą, żalem za na zawsze utraconym rajem. Być może rajem tylko wyobrażonym, ale to przecież nieistotne. 

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach bloga Panorama kina


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *