Film

Sztuka składania broni. O „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri”

Wiecie, jaki powinien być ten film?
Pierwsza połowa powinna być wprowadzeniem do nagłej, idealnej zemsty.
Przemoc, spluwy. Całe to gówno.
A wtedy główne postacie powinny po prostu odejść.
Powinny odjechać gdzieś na pustynię, rozbić tam namiot i gadać przez resztę pieprzonego filmu.
Bez strzelanin, bez dawania w łapę. Po prostu rozmawiający ludzie.

7 psychopatów

Głośnej premierze „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri” towarzyszył triumf. Te wszystkie nominacje, nagrody, oscarowe nadzieje. Ale potem stało się coś nieoczekiwanego. Pod podszewkę powszechnej aprobaty wdarł się jakiś ferment, reakcja niepożądana. A wraz z nią – kolejno przywoływane zarzuty. Reżyserowi wytknięto zarówno grzechy ciężkie (swobodne potraktowanie kwestii rasizmu), jak i lekkie (efekciarstwo/szantaż emocjonalny). Ale nie nowe. McDonagh także u początków kariery, teatralnej jeszcze, regularnie obrywał za „niepoprawność polityczną” – igranie z historią Irlandii, szydzenie z narodowej mitologii, brutalną parodię życia na prowincji, aż wreszcie groteskową przesadę, w której ponoć nie ma miejsca dla głębszej refleksji. Nic dziwnego, że jego najnowszy film, tu i ówdzie, wzbudził mieszane uczucia. Musiał. McDonagh pozostał sobą i chwała mu za to.   

W „Trzech billboardach…” znajdziemy wszystko to, czego można się spodziewać po kinie irlandzkiego reżysera. W pierwszej kolejności – ból, przemoc, konfrontacja zwaśnionych jednostek wyrażona w napiętym jak struna dialogu. Na czele całej afery stoi Mildred. Kobieta, która znalazła świetny sposób, by wreszcie ją usłyszano – tytułowe trzy billboardy. Wynajęte przy drodze, gdzie kilka miesięcy wcześniej zgwałcono i zamordowano jej córkę, teraz, dwadzieścia cztery godziny na dobę, zadają jedno pytanie: jak to możliwe, że jeszcze nikogo nie aresztowano? Mildred zadziera podbródek i rzuca rękawicę w stronę miejscowego szeryfa. Jest gotowa na wojnę, a my z nią. Doskonale pasuje na anioła zemsty, który w akompaniamencie aplauzów publiki dokopuje opieszałej policji. Pasuje, choć tylko do czasu. Do chwili, gdy poznajemy człowieka, w którego wymierzony jest ten atak. Szeryf Willoughby budzi szacunek, sympatię i współczucie. To uczciwy i bogu ducha winny facet, a do tego niesłusznie pokrzywdzony przez życie. Po co go tak męczyć? Mildred, daj spokój? Ale jak to?

Trzy kolory: szary

To już firmowy numer McDonagha. Dowodzenie, że nic nie jest czarne lub białe. Choć reżyser chętnie operuje grubą kreską, ze wszystkich kredek najbardziej upodobał sobie tę szarą. Mildred nie jest krystaliczna, jest ofiarą, ale z trudnym charakterem, na dodatek obarczoną wyrzutami sumienia. Komendant policji nie jest zły, mimo że już na etapie zarysu fabularnego aż się o to prosi. I jest jeszcze ten trzeci, najbardziej kłopotliwy. Szeregowy policjant Dixon, zdeklarowany rasista i homofob – najpierw dostajemy prawo, by go nienawidzić, a potem, gdy Dixon znajduje w sobie szlachetność, musimy to prawo wycofać. McDonagh nie dopuszcza do łatwego osądzania, które u większości z nas zachodzi odruchowo. Lub dopuszcza, by potem bezczelnie sobie z tym pogrywać. Perwersyjna zabawa narcystycznego scenarzysty? Nie do końca. Wystarczy spojrzeć uważniej, by dostrzec w tych szachowych zagraniach przemyślaną filozofię. Rzecz o poczuciu winy i odkupieniu. O nawróceniu i sztuce składania broni. O poświęceniu. To chyba główne tematy irlandzkiego reżysera, konsekwentnie rozwijane we wszystkich jego filmach.

Białe króliki

Począwszy od dramatów, poprzez nagrodzoną Oscarem krótkometrażówkę („Sześciostrzałowiec”), aż po kolejne trzy filmy pełnometrażowe, elementem stale obecnym w kinie McDonagha są powtórzenia.  Konkretne demony i obsesje, jego białe króliki. Białego królika w „Sześciostrzałowcu” przytula mąż, któremu umarła żona. Z białym królikiem pod pachą chodzi Tom Waits w „7 psychopatach”. Mildred z „Trzech billboardów” ma królicze kapcie. Irlandczyk lubi takie refreny. Jednym z nich, ponurym, ale poniekąd wyzwalającym, są samobójstwa – w większości w wyniku strzału w głowę, rzadko kiedy jako wyraz ostatecznej bezradności. McDonagh traktuje samobójstwo inaczej. Widzi w nim akt poświęcenia, okazję do uratowania komuś życia lub raczej – ocalenia jego duszy. Są tu bohaterowie, którzy nadstawiają karku dla swoich przyjaciół, by ci mogli wymknąć się przeznaczeniu i wyszarpać od życia jeszcze jedną szansę (najbardziej przewrotną wariacją na ten temat jest wspomniana krótkometrażówka, najbardziej wyrazistą „In Bruges”). Jest mąż, który odbiera sobie życie, by oszczędzić żonie cierpienia. Poświęca się nawet dupek Dixon, który, choć nie próbuje się zabić, to dla Mildred pozwala obić sobie gębę. Przynajmniej tyle. Powtarzane elementy nie są oczywiste, nie od razu dają się zauważyć. Ale raz odkryte, zaczynają układać się w spójny świat. Świat, w którym nic nie dzieje się przypadkowo, wszystko jest jakimś tropem.

Na zło odpowiadać dobrem

Jeśli o tropach mowa, jest też religia. McDonagh zapewniał w dawnych wywiadach, że z kościołem nie ma nic wspólnego, ale najwyraźniej, jak to on, prowokował. Religia płynie w jego irlandzkiej krwi. Bohaterowie McDonagha często, choćby mimochodem, rozmawiają o Bogu (który bywa złośliwy, nieuczciwy, ale w jakiś sposób ważny w ich życiu), a z tworzonych przez niego fabuł wyraźnie przebija katolicka symbolika. Jak w „In Bruges”, nieoczywistej metaforze czyśćca, gdzie – na poziomie metaforycznym właśnie – rozegrana zostaje walka o potępioną duszę głównego bohatera. Jak w dramatach („Trylogii z Leenane”) połączonych postacią jednego księdza. I wreszcie jak w „7 psychopatach”, gdzie Bóg wraca kilkukrotnie. Także mieszkańcy Ebbing, choć dotknięci złem, przemocą, gwałtem, wcielają w życie katolickie nauki. Nieświadomie, instynktownie, ale jednak. Zwłaszcza tę o drugim policzku. U McDonagha butelka, która początkowo miała wylądować na czyjejś głowie, zostaje odstawiona na stół. Wiele razy.

Moralista na opak

Być może stąd ten brak zaufania u niektórych widzów. Świat absurdalny i zły jak z Coenów, a jednak pełen współczucia? Reżyser nie ułatwia, nie uwiarygadnia, za to pozwala siebie nie lubić. O trudnych tematach mówi dynamicznie, efektownie, wybuchową miksturę podsyca okrutnym humorem, bawi się teatralnym dialogiem, a na dodatek nic sobie nie robi z politycznej poprawności. Prowokuje, upoważniając swoich bohaterów do wyrzucania dobrych ludzi przez okna, podnoszenia ręki na kobiety i naigrywania się z karłów. Najwięcej z tych kontrowersji kumuluje w postaci Dixona.

Grany przez Sama Rockwella półgłówek to zresztą (jakkolwiek zaczepnie by to nie zabrzmiało), ulubiony bohater reżysera, osobowość wałkowana przez niego od lat. Jest nieokiełznany i ograniczony umysłowo jak dzieciak z „Sześciostrzałowca”. I jak on niejedno ma na sumieniu. Dołóżmy do tego problemy z matką/ojcem oraz naznaczenie krzywdą i ponownie wszystko ułoży się w klarowny wzór, kolejną obsesję. Na swój sposób podobni do Dixona są również bohaterowie grani przez Colina Farrella – zarówno w „In Bruges”, jak i w „7 psychopatach”. Niby faceci, a jednak dzieci. Zagubieni, zdezorientowani. Silni w pięściach, w gębie, ale w głowie – bezbronni. I winni. Winni błędów, gniewu, niemocy, zła. Ale nie skazani na potępienie. Rasizm Dixona jest powierzchowny, rodzi się z jego słabości. Nie jest świadomie pielęgnowaną doktryną, ale wykwitem bezmyślnego systemu obrony. Wynikiem jakiegoś braku, nieumiejętności, samotnego tkwienia gdzieś na pograniczu sprzecznych aksjologii.

Nic dziwnego, że bohater pod wpływem pozytywnych bodźców, ojcowskiego zrozumienia płynącego z serca szeryfa, potrafi znaleźć w sobie człowieka, przechyla się na szalę dobra. Na jak długo? Czy na stałe? Tego nie wiemy. McDonagh nie rozstrzyga tego problemu. Nie usprawiedliwia Dixona, ani nie daje mu rozgrzeszenia. Swoim zwyczajem (którym to już?), jak w „In Bruges” i „7 psychopatach”, zostawia swoich bohaterów w momencie przełomowym. Składa broń. Daje im szansę na odkupienie, choć wcale nie twierdzi, że z niej skorzystają. Widzom za to daje nadzieję. Lub przynajmniej próbuje to zrobić. A potem sugeruje się rozejść. 


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *